Wpis i wciśnij enter.

Gdzie się dzieją rewolucje – jednoaktowa relacja z IX Salonu Bielizny okiem aktywistki10 min. czytania

Mam problem z dzisiejszą pop-ciałopozytywnością. Nie martwcie się, to nie będzie 156. tekst o tym dla kogo jest ciałopozytywność i jaki jest jej cel. Będzie to relacja z wyjątkowego dla mnie wydarzenia – Salonu Bielizny, organizowanego dwa razy w roku przez redakcję magazynu Modna Bielizna.

Na tę imprezę trafiłam dwa lata temu i od tamtej pory jestem na każdej edycji. Co sprawiło, że zostałam? Odpowiedź na to pytanie jest nieoczywista, bo Salon niezmiennie pozostaje wydarzeniem branżowym i próżno tam szukać przypadkowych przechodniów niezainteresowanych światem desusów.

Tegoroczna jesienna edycja Salonu Bielizny to wydarzenie, powiedzmy to śmiało, wielkoformatowe. Z ręką na sercu: trudno mi sobie wyobrazić, że pierwsze edycje, które odwiedzałam były jednodniowe, a powierzchnia wystawiennicza była o połowę mniejsza. Z edycji na edycję targi rosną i to jest wielka frajda przyglądać się temu rozwojowi.

Od dwóch lat z bliska przyglądam się światu, do którego trafiłam zrządzeniem losu. Nie wiem czy jesteście tutaj na tyle długo, żeby pamiętać opowieść o tym, jak stojąc topless i z rajstopami zaciągniętymi pod cycki poznałam Ewę Michalak. Wtedy słuchałam opowieści o tym jak Lobby Biuściastych wymusiło na producentach staniki w rozmiarach, o których się konstruktorom nie śniło i marzyłam sobie, że podobny los spotka w Polsce modę plus size. Nie spotkał. Być może zbyt mało czasu upłynęło, żeby zobaczyć zmiany w skali makro, a może to już w ogóle nie ten czas, bo przecież jak konkurować z Aliexpressem, Asosem czy inną Fashionnovą, oferującymi za nieduży pieniądz niewysokiej jakości produkt efektowny, acz jednorazowy.

Przez ten czas zmieniły się nie tylko miejsce, czas trwania i wielkość targów. Po tym czasie targi to dla mnie ogromna ilość rozmów, bardzo przyjemne spotkania, dzięki którym nie zdążyłam w tym roku na żadną prelekcję. Szkoda i nie szkoda, bo sednem tego wydarzenia są dla mnie rozmowy z producentami i przekonywanie, że Syreny lądowe tez potrzebują majtek. To fikanie bez bluzki po stoiskach, mierzenie dóbr (jaka to jest dla mnie radocha!) oraz wykrzykiwanie zachwytów nad co lepszymi projektami. Salon Bielizny to dla mnie towarzyska orgia i pretekst do rozmawiania o bieliźnie przez trzy dni ciągiem. Dacie wiarę, że po wyjściu z targów rozmawiałyśmy na kolacji o… stanikach? Słowo.

Wróćmy do bielizny

– w zachwyt wprawiały mnie opowieści o producentach nieufnych, ale odsłuchujących klientelę i dostosowujących ofertę do trendów i realiów.

Polubiłam branżę bieliźniarską za to, że mimo rezerwy, przyjęła do wiadomości, że odbiorczynie produktów różnią się od siebie, a formy ludzkie cechuje wysoka zmienność proporcji. Chociaż kontakt z branża mam raczej na co dzień, wyprawa na Salon Bielizny jest dla mnie niezmiennie fascynująca. Jestem tam zaskakiwana, i to wcale nie byle czym!

W tym roku w notatce z Salonu mam trzy kategorie plusów – dodatnie, ujemne i te takie, no wiecie, meh. I moja relacja, pozwolicie, skupi się wokół nich, bo w moim odczuciu naprawdę warto śledzić tę branżę nie tylko po to, żeby zobaczyć, że „niesprzedawalny” fiolet będzie wysoko w trendach przyszłego sezonu, ale też po to, żeby nabrać otuchy i zobaczyć jak wcale nie będąc oficjalnie ciałopozytywnym, można ciałopozytwność praktykować.

Majtki dla Syren

Jeśli wpadłyście tu wcześniej na jakąkolwiek recenzję bielizny to wiecie, że jestem #teammajtkizgolfem, oraz że niezmiennie uwierają mnie (nie tylko w przenośni) zbyt wąskie rozmiarówki. Czy ktoś mi może wytłumaczyć według jakich obliczeń wychodzi, że standardową proporcją przy stówce pod biustem jest tyłek w rozmiarze 42? To znaczy oczywiście, że takie proporcje zdarzają się w naturze, ale umówmy się, jest to rzecz rzadka. Mnie się na przykład zdarzyło, że w tyłku mam nawet nieco więcej niż w biuście, o podbiuściu nie mówiąc i do niedawna skazana byłam ze swoją kompletozą na wieczny czyściec noszenia majtek nie od kompletu.

Z przyjemnością stwierdzam – rozmiarówki rosną! Wielkie brawa dla firm Ava, Gaia i KrisLine za dodanie do rozmiarówki czwartego iksa, czekamy na więcej! Trzymam kciuki, że dostępne na zamówienie w ofertach Samanty i Nessy większe rozmiary będą wreszcie dostępne od ręki i w tej samej cenie, co reszta produkcji. Niezmiennie cieszy mnie Anita, która od zawsze (i mam nadzieję na zawsze!) wszystkie swoje modele podaje w zakresach oscylujących w okolicy niemieckiej 50tki.

Podwójne ekspozycje

Skoro jesteśmy w temacie rozmiarówek, to chcę tutaj zwrócić uwagę na bardzo prosty, a jednocześnie totalnie nierewolucyjny pomysł, jakim jest prezentowanie na stoiskach modeli na dużych rozmiarach. Brawa dla Avy, nad stoiskiem której górowała Asia Cesarz. Tak samo dla Gai, u której wyróżniały się duże miski modeli w wersji Maxi. Pomysł firmy Nessa, żeby na stoisku znalazło się miejsce dla pełnej rozmiarówki kilku modeli okazał się hitem. Pooglądać i pomacać to jedno, ale móc przymierzyć to zupełnie osobny temat.

Ale! Duże modele pokazowe to także nowe wyzwania w zakresie organizacji wystawy. Muszę się pożalić, że strasznie ciężko jest zrobić porządne zdjęcie dużemu biustonoszowi upchniętemu na małym mieszaku. Warto o to zadbać, bo przecież w sektorze dużych misek wciąż jeszcze istnieją błękitne oceany, niezamieszkałe przez konkurencję. Taki towar trzeba pokazywać, nie chować na samym końcu wieszaka!

#respresentationmatters

Jesienna edycja nie rozczarowała mnie, jeśli chodzi o obecność modelek plus size. Firmy dbające o to, żeby ich produkty były pokazywane na ciałach o różnych proporcjach wciąż jeszcze są w mniejszości, ale obserwuję tendencję zwyżkową. Wchodząc na teren imprezy zawsze wiem, że spotkam znajome twarze.

Inez w balecie, który bardzo chciałabym zobaczyć na sobie
Modelka w bralecie KrisLine, który bardzo bym chciała zobaczyć na sobie

Ta edycja pokazuje, że na polskiej scenie plus size obserwujemy przetasowanie, wśród modelek, pod nieobecność „starej gwardii”, pojawiło się kilka nowych twarzy. Na stoiskach marek spotkałam Patrycję Greinke czy Paulinę Walendowską.

Królowymi pokazy były Jowita Zienkiewicz, najbardziej chyba ze wszystkich plus sajzowych modelek kojarzona z bielizną i Martyna Bielicka, której zdjęcia widuję ostatnio coraz częściej. Martyna ewidentnie ma swój moment, a mnie bardzo cieszy, że zaczynamy widywać w plus sajzie różne rozmiary i karnacje. Marzy mi się, że ta różnorodność sięgnie kiedyś wreszcie także typów sylwetki, bo przecież plus size niejedną ma proporcję!

Misterium różnorodności

Tu będzie króciutko, zajawka zaledwie, bo o wchodzącej wiosną na rynek marce Bella Misteria opowiem Wam w osobnym wpisie. Bella Misteria, bo tak nazywa się marka, złapała mnie za serce i grzmotnęla o podłogę, a to za sprawą inkluzywnej kampanii, z którą będzie startować pewnie już niedługo.

Pokażę Wam tylko jedno zdjęcie i już. Ale obiecuję, że ten temat jeszcze wróci na łamy bloga.

Pierwsze modele, które widziałam określiłabym mianem klasyki z lekkim twistem. Bazowe kolory może nie przyprawiają o zawrót głowy, ale warto przyjrzeć się detalom, takim jak metaliczne nitki w haftach, wysmakowane elementy biżuteryjne na mostkach czy pierwsze na polskim rynku fakturowane miseczki spacera.

Azymut – ciałopoztywność

Wisienką na targowym torcie jest dla mnie zawsze pokaz i tu niestety przechodzimy do strefy plusów słodko-gorzkich. Pokaz był znakomity, pod względem klimatu i choreografii zdecydowanie najlepszy ze wszystkich edycji, jakie do tej pory widziałam. Mogę być uprzedzona, bo cyrkowa stylistyka ma w moim sercu specjalne, pasiaste miejsce.

Kropelką goryczy jest mniejsza niż zwykle różnorodność kształtów modelek. Oprócz wymienionych Martyny i Jowity w pokazie szła jedna modelka odrobinę bardziej dojrzała niż wskazywała mediana wieku. I na tym koniec. A bywały przecież pokazy, w których ta różnorodność była bardziej zauważalna. Mam nadzieję, że nie wynika to z tego, że marki mimo zapewnień, że szyją dla wszystkich, wolą jednak swoje modele pokazywać na zdecydowanie szczupłych dziewczynach. Trochę by mi było przykro. O modelach – mężczyznach trudno mi się wypowiadać. Umięśniony jak z Men’s Health przystojniak to zdecydowanie nie jest moja estetyka, nie mówiąc o ciałopozytywności. Bo wiecie, ciałopozytywność również dotyczy mężczyzn! Bardzo bym chciała dożyć pokazu, w którym pójdą drag queen, panowie z brzuszkiem, młodsi i starsi, mniej lub bardziej cispłciowi. Serio.

Wszystko ciałopozytywność!

Bopo jest zdecydowanie w modzie. Spacerując po tragach naliczyłam co najmniej cztery kampanie powołujące się na ciałopozytywność, w tym nieszczęsne Sloggi, które robi różnorodność do rozmiaru 42. Wiecie, mam mieszane uczucia wobec naużywania hasła „ciałopozytywność”, bo z jednej strony strasznie fajnie, że idea różnorodności trafia pod strzechy, ale z drugiej – powiedzmy to sobie szczerze – traci na swojej aktywistycznej wartości.

Z trzeciej strony; czy branża bieliźniarska nie zasłużyła sobie już na miano wywrotowca i rewolucjonistki? Skoro tak dużo robi dla kobiet w różnych rozmiarach, to gdzie jak nie tutaj, pasuje ciałopozytywna metka?

Lounge wear tylko dla drobnych

Tym co pośród rosnących misek, obwodów i majtek bezlitośnie na każdych targach wali mnie między oczy, jest brak pozastanikowych opcji. Szlafroki, koszulki i piżamki plus size występują w ilościach śladowych. Nie dla nas, grubych koneserek bielizny, szałowe printy czy koronki.

Chwała markom takim jak Nessa czy Gorsenia, mającym giezłeczka w rozmiarach większych niż 2xl, a to naprawdę rzadkość! A szkoda, bo w Italian Fashion pojawiły się przepiękne kwietne wzory. Cóż z tego, skoro mogłabym w nie ubrać co najwyżej jedną nogę.

Ale wiecie co? Choć ten miód nie jest bez krztyny dziegciu, to zachodzące w bieliźniarstwie zmiany wprawiają mnie w euforię. Spędzam tam dwa dni, szczerząc się ja głupia do każdego modelu dostępnego w moim rozmiarze.

Uwielbiam bywać na Salonie, bo tam widzę, jak dzieje się rewolucja. Nie w instagramowych, wyobrażonych fałdkach, nie w deklaracjach – w praktyce! Tu mogę obserwować, jak z wolna odkształca się odzieżowa rzeczywistość i jak robi się w niej miejsce na mniej normatywne ciała. To przyjemność obserwować jak kolejne marki odrywają się od male gaze (tł. męskiego spojrzenia) i zaczynają mówić do kobiet ich językiem. I nie mam tu wcale na myśli jazgotliwych różowych beł(ko)cików o połamanych paznokciach i ogarnianiu torebki, tylko narrację o byciu towarzyszem kobiety każdego dnia i w rożnych okolicznościach.

Czy jest idealnie? Bynajmniej. Przestrzeń do poprawy nadal jest, że się tak wyrażę, otwarta. Wciąż zbyt widoczny jest podział na dopieszczone mniejsze modele i trochę kopciuszkowate wersje dostępne w dużych rozmiarach. Wciąż jeszcze nie wszędzie mam szansę na majtki do kompletu. Nie jest idealnie, ale hej, dzieje się! A przecież o to w tym wszystkim chodzi, żeby chcieć się otworzyć i schylić po pieniądze klientek plus size.

Więcej dobra:

Jeśli łakniecie większej ilości zdjęć, to polecam Wam relacje Stanikomanii – nie wiem jak to możliwe, ale zdążyła odwiedzić więcej stoisk niż ja. Do wiosny muszę zdecydowanie popracować nad systemem pracy: pierwsza, druga i trzecia część.
U Misek Dwóch (których jest tak naprawdę trzy), o tutaj, znajdziecie także marki, które w rozmiarach plus sajzowych serwują niewiele, ale zawsze warto zawiesić oko na prognozach.

A na deser – kąpielówki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

4 comments

  1. Nic dodać nic ująć, że tak to ujmę 😉 A propos facetów – dzięki, że wspomniałaś o męskiej stronie ciałopozytywności, bo tu do zrobienia jest ogrom. Atletyczne ciało – proszę bardzo, ale jako jeden z wielu typów. Oraz, co bardzo mnie uderzyło w wyjściach pana modela – ten sztywny krok, tak jakby choć odrobina taneczności była czymś niestosownym… Dziwny kontrast w porównaniu z popisami cyrkowych akrobatów, wśród których panowie byli szczęśliwie licznie reprezentowani. Panowie, cis czy nie cis, nie są posągami ze spiżu i reprezentują takie samo bogactwo kształtów i ruchów, jak kobiety, że już nie wspomnę o całej wielkiej sferze poza binarnością i tradycyjnymi atrybutami płci. Marzę o atmosferze, w której wystąpienie w różowych majtkach tudzież poruszanie na wybiegu mięśniami innymi niż niezbędne do stawiania jednej nogi przed drugą nie będzie wstydem dla żadnej istoty identyfikującej się jako męska, czy w ogóle jakkolwiek się identyfikującej. Niech będzie cyrkowo, niech będzie campowo, po prostu dobrze się bawmy!

    A wracając do bielizny 😉 Zazdraszczam, że zdążyłaś do na ten przykład Anity, bo ja tylko dałam radę się przywitać 🙁 I mam wrażenie, że odkąd z jednodniowych targi zrobiły się dwudniowe, brakuje mi trzeciego dnia, żeby na spokojnie wszystkiemu się przyjrzeć. Kto wie, może kiedyś Salon Bielizny przerodzi się w jakiś Lingerie Week? Bo na razie tendencję mamy zwyżkową 🙂

    (dzięki za fotkę 😉 )

  2. Skomentuję odrobinę obok tematu – ale czy Ty te majtki do kompletu ze stanikiem nosisz tak na co dzień, czy tylko kiedy planujesz pokazywać w celach rozrywkowych? Bo o ile ja do celów rozrywkowych faktycznie staram się czasami w miarę dopasować [w miarę, czyli czarne majtki do czarnego stanika, a nie że model i marka], o tyle na co dzień noszę dobrze dobrany stanik i te bawełniane majtki, które akurat były na wierzchu stosiku.
    I zastanawiam się, czy podziwiać Cię za dopasowanie estetyczne, czy jednak jesteś zwykłą śmiertelniczką? 😉

    1. Chciałabym! Prawda jest taka, że odkąd modeluję u Ewy praktycznie nie mam bawełniaków, bo poczuwam się do używania tego, co już mam, czyli całej góry dołów, które nosiłam na zdjęciach.

      Mam swoje ulubione i nielubiane fasony majtek – tych nie lubianych unikam i nie kompletuję za nic (na przykład stringi znikające mi pod brzuchem zdecydowanie nie są moimi faworytami), mam kilka swoich ulubionych par, które łączę z innymi, nawet jeśli nie są z kompletu. Zdecydowanie jestem śmiertelniczką 😁

      1. Ach, czyli nie musimy się obawiać nierealnych standardów 😉
        Też nie noszę stringów – uważam, że to pupa powinna być w majtkach, nie odwrotnie. Przynajmniej moja, cudzych się nie czepiam. Bez zgody 😉