Wpis i wciśnij enter.

Jesteś ciałopozytywna? Na pewno usłyszysz te 10 rzeczy

Chodzi za mną od jakiegoś czasu zrobienie ciałopozytywnego bingo – wspominałam już o tym tu i tam. W konwersacji o ciałopozytywności przeciwnicy (no czego właściwie? Cudzej wolności?) nie przestają odgrzewać starych kotletów, aż nad całym dyskursem unosi się aromat lata nad polskim morzem i wcale nie chodzi mi tutaj o morską bryzę, jeśli wiecie co chcę powiedzieć.

[dropcaps_large]Z [/dropcaps_large] radością, nie boję się tego przyznać, powitałabym w tej ognistej wymianie zdań jakieś nowe argumenty. Takie… konkretne i nie ad personam. Tymczasem, w tym oczekiwaniu na Godota, umilmy sobie czas przeglądając te karty, które znamy już tak dobrze. Czasami warto sobie od nowa poukładać w szufladach. No to do brzegu, bo przed nami dziesięć haseł, które na pewno usłyszysz, gdy zaczniesz mówić o ciałopozytywności!

1. No tak, łatwiej sobie wmawiać, że jest super, niż wziąć się za siebie

O braściu się za siebie napisałam już całkiem osobny elaborat, ale to jeden z tych argumentów, które nie zestarzeją się nigdy. Wynika z głęboko zakorzenionych w ludzkim myśleniu uprzedzeń. Gruby znaczy leniwy, co nie?

Lenistwo nie jest cechą, którą zwykliśmy uznawać za pozytywną. Trzeba przecież ciągle coś robić, sprzątać, walić w klawiaturę, biegać, jeździć, ogarniać, załatwiać, zagrabiać, doglądać kontrolować i przygotowywać. Siedzieć na dupie, kiedy inni wypruwają sobie żyły w ciągłym biegu. Potrzebujesz odpocząć? Jesteś mięczak i leń. A żeby cię, nie ma, nie będzie na to zgody! Skoro źle jest być leniwym, a z lenistwa wynika nadwaga, to znaczy, że nadwaga jest zła, co nie? No nie. Masa ciała jest daną neutralną. Ani dobrą, ani złą – i tak powinna być postrzegana.

Czułam kiedyś potrzebę tłumaczenia światu, że przecież wysoka masa ciała nie zawsze wynika z lenistwa. Że choć faktycznie, istnieją ludzie nie kalający się aktywnością fizyczną i nie dbający o to, co jedzą, ale przecież nie wszyscy są tacy sami. Zaniechałam tego z dwóch bardzo ważnych dla mnie powodów: po 1) nie twój zasrany interes, mający – swoją – superważną – opinię – obcy; po 2) wprowadza to różnicowanie ludzi na dobrych i złych grubasów, czyli coś, czego z czego za wszelką cenę dotyczący ciała dyskurs powinien wyjść na stałe. Każde ciało to dobre ciało. Grube też.

Poza tym – jeśli ktoś uważa, że ciałopozytwność to droga na skróty, to ja serdecznie go zapraszam do rozmowy. Chętnie wyjaśnię z czym się je bycie ciałpozytywnym w polskim internecie.

2. Ciałopozytywność? To jest promowanie otyłości!

*ZIEEEW* i to ostentacyjny. Gdyby promowanie otyłości miało cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, świeciłabym z daleka jak wielki (nomen omen) reklamowy neon “TU MOŻESZ ZOSTAĆ GRUBYM JUŻ DZISIAJ!”. Nie wiem czy przez dwa lata prowadzenia bloga udało mi się kogokolwiek namówić do zostania grubym, jeśli tak to no halo, gdzie jest moje wynagrodzenie?

Bardzo bym też chciała, żeby jeden mądraliński z drugim pokazał mi gdzie w postulatach ruchu bodypositivity, ba! Niech już nawet będzie, że bezpośrednio fatpositivity, mówi się “chodźmy tyć razem”. To jest szczególnie przewrotny i wyjątkowo bezmyślny argument. I zarazem dowód na totalne i ostateczne lenistwo. Powiem to zatem otwartym tekstem raz jeszcze: W ciałopozytywności nie chodzi o namawianie grubych, żeby byli grubsi. Nas naprawdę nie trzeba do tego namawiać. W ciałopozytywności chodzi o to, żeby namówić chudych, żeby sobie PRZYPOMNIELI, że prawa grubych to elementarne prawa człowieka. Do rzetelnej opieki zdrowotnej, do udziału w przestrzeni publicznej, do reprezentacji, do własnych przekonań, do wyrażania siebie, a nawet do wygodnych i ładnych ubrań.

Jeszcze raz, bo może się jeszcze komu nie osadziło na sitku między uszami:

PRAWA GRUBEGO = PRAWA CZŁOWIEKA.

3. A co z Twoim zdrowiem? Przecież otyłość zabija!

Zabija brak dostępu do profilaktyki. Brak karetek bariatrycznych. Brak stołów operacyjnych, które udźwigną ciężkie ciało. Brak równego traktowania pacjentów szczupłych i grubych. Brak szacunku do grubych.

Zabija też palenie. Nadmiar alkoholu. Nadmiar narkotyków. Przetrenowanie. Życie w stresie. Klauzula sumienia. Brak dostępu do specjalistów. Długie kolejki na badania. Limity w NFZ. Niskie emerytury. Samochody. Samoloty. Pociągi. Samotność. Rozpacz. Brak wsparcia. Poczucie bezsilności. Odrzucenie.

Choroby, wypadki, klęski żywiołowe, inni ludzie.
Jak często zastanawiasz się nad tym jak i kiedy umrzesz? Bo mnie nie zabiera to szczególnie dużo czasu. Przechodząc przez ulicę uważam na auta, ale nie zakładam, że za chwilę ktoś mnie przejedzie. Tak samo żyję w grubym ciele: robię swoje, dbam o to co mam i nie rozmyślam o śmierci z powodu wielkiego tyłka. No, chyba że na jodze, świeca, pług i kilka innych jest poza moim zasięgiem, bo boję się, że brzuch do spółki z biustem wezmą i mnie uduszą. Ale umówmy się: to nie jest codzienna sytuacja.

Moje zdrowie – tak poza konkursem – nie jest niczyją sprawą. Są chorzy – grubi i chorzy – szczupli. Zdrowi – grubi i zdrowi – szczupli. Nie dalej jak wczoraj czytałam interesujące badanie, którego przedmiotem była masa ciała jako czynnik wpływający na powikłania pooperacyjne (serio, znacie kogoś jeszcze kto HOBBYSTYCZNIE czyta takie rzeczy?), nie będę teraz przytaczać szczegółów, jeśli kogoś interesują detale to może sobie poczytać O TUTAJ. Zaciekawiło mnie, że chociaż faktycznie otyłość podnosi ryzyko powikłań, zwiększonej śródoperacyjnej utraty krwi czy problemów z gojeniem ran, to per total jest czynnikiem mniej groźnym, niż niedowaga. Nie piszę o tym po to, żeby poczuć się lepiej od chudych ludzi. Piszę o tym, żeby Wam uświadomić, jak bardzo nieoczywiste są procesy zachodzące w ludzkim organizmie. I jak mało o nich wiemy nie tylko jako statystyczny Kowalski, ale jako ludzie w ogóle.

4. W dupach się Wam poprzewracało z tą modą

Jeśli usłyszycie, że ciałopozytywność to moda, oznacza, że to już pora otworzyć szampana. Z pojedynczych buntowników rodzi się trend, a trendu czasami rodzi się norma. Dałyśmy w ostatnich latach potężnego susa. Z lekceważonej przez mainstreamowe media, producentów odzieży i system grupy społecznej, stałyśmy się buntowniczkami, które mają własną MODĘ. Czy to nie super?

Swoją drogą to bardzo ciekawi mnie, czy prawo do głosowania dla kobiet też było kiedyś postrzegane jako moda. Albo na przykład szczepionki… nie, tam się może lepiej jednak nie zapuszczajmy. Chodzi mi o to, że ważne ruchy społeczne, które doprowadziły do tego, co dziś uważamy za normę, mają udokumentowaną historię bycia traktowanymi z kategoriach fanaberii i mody. Ergo: nie ma się na co zżymać.

Nowa norma nie stanie się jutro, ani nawet za rok. Za dużo biznesów kwitnie na glebie z naszego samoniezadowolenia. Ale wiecie co? Miałam wczoraj w ręku brytyjski Cosmopolitan, ten z Tess Holliday na okładce i – co mnie zdziwiło ponad miarę – nie znalazłam w nim żadnego przepisu na dietę cud. Słowo.

5. A, czyli nie wolno z Ciebie żartować?

Nie wolno. Wolno żartować ze mną. Nie wydaje mi się, żeby choćby przeciętnie inteligentny, dorosły człowiek nie był w stanie z rękawa wytrząsnąć rzeczy godniejszych pożartunku, niż grubi ludzie. Były czasy, kiedy uważałam, że umiejętność żartowania z siebie to niezbędne do przeżycia narzędzie. Autoironia, onelinery i inne dowcipki z samej siebie przychodziły mi na pstryknięcie palcem. Zresztą nadal przychodzą. Gdy tylko czuje się niepewnie, gdy tylko zaczynam się stresować, mój własny mózg – zdrajca, bezbłędnie odnajduje stare koleiny, po których jeździł przez lata. Staram się to zauważać i nazywać po imieniu. Nie mogę powiedzieć, żeby było łatwo.

Muszę być wyjątkowo trudnym rozmówcą. Nie zgadzam się, żeby żartować ze mnie oraz nie zgadzam się, żeby przy mnie żartować z innych grubych czy z własnej grubej dupy. Jasne, wolnoć Tomku w swoim domku, tylko proszę odpowiedzieć mi na pytanie “Po co?”. O co chodzi, kogo ten żart ma oswoić – Ciebie w nowej sytuacji, czy innych ludzi z Tobą?

Umówmy się – ja bardzo lubię być zabawna i błyskotliwa oraz bardzo lubię zabawnych i błyskotliwych ludzi. Jednakowoż nie zawsze i nie do wszystkiego warto mieć dystans.

6. Trzeba mieć trochę samokrytycyzmu

Ludziom, którzy takie słowa potrafią skierować do grubej osoby serdecznie winszuję życia wewnątrz perfekcyjnej umysłowej błony dziewiczej, albowiem dowodzą kompletnego braku kontaktu z rzeczywistością. Nie wiem czy da się mieć w sobie jeszcze trochę więcej samokrytycyzmu, niż ma go większość grubych ludzi. Mam lata praktyki w zakresie pełnego kontrolowania jak wygląda moje ciało w każdej sekundzie każdego dnia oraz doktora honoris causa w Katedrze Szukania Wad W Sobie. Podjęłam decyzję, że samokrytycyzm zamieniam na krytycyzm wobec tego, co mi podaje do głowy kultura i jak dotąd pacjent rokuje coraz lepiej.

Dlaczego tak mało ludzi wzywa do bycia krytycznym wobec wieści o kolejnej diety cud, wobec kolejnego planu treningowego, dzięki któremu zniszczysz się na siłce, wobec mówienia młodym dziewczynom, że są beznadziejne i gówno mogą. Oraz dlaczego tej samej rady nie udzielą sobie ci, którzy tak chętnie napychają nią innych? Hę?

7. Byłam gruba, ale schudłam zamiast szukać wymówek

To ten szczególny rodzaj komentarza, który implikuje cały zestaw przyjemności, od pasywnej agresji, przez pogardę, po aktywną protekcjonalność. Generalizuję oczywiście, bo przecież – choć rzadko – zdarzają się osoby, które same pokonawszy górę odchudzania, nie narzucają swojego punktu widzenia wszystkim wokół. Których nie napędza głębokie przekonanie, że skoro oni się tak umęczyli, to ja też muszę. Nie piszą poradników jak schudnąć, nie lecą z tym do gazet.

Zasadniczo większość ludzi, których spotkacie będzie raczej pokroju cioci Marioli, która odstawiła chlebuś i schudła od tego te wymarzone 5 kilo. Ona Wam teraz dobrze poradzi co trzeba zrobić, żeby cieszyć się wiotką kibicią i zgrabnym udem. Brace yourself, bo oto nadchodzą darmowe i nieproszone porady dietetyczne.

Trudno przed tym uciec, przecież to jasne, że kobieta powinna być na diecie przez całe swoje życie. Nie ma chyba wyjścia, jak tylko nauczyć się kulturalnie gasić takie konwersacje. Do skutku, aż to przestanie być akceptowane.

Jeśli potrzebujecie metafory to nieproszone rady dotyczące odżywiania są dosyć podobne do nieproszonych rad kiedy boli Cię gardło. Jeśli masz do czynienia z dorosłym człowiekiem, możesz śmiało założyć, że wie jak sobie poradzić z taką przypadłością, czuje, że go boli i wie, że chrypi. Gruby wie, że jest gruby i prawie na pewno próbował w swoim życiu niejednego, żeby grubym nie być. A już całkiem na pewno nie potrzebuje do życia dobrych rad od innych ludzi.

8. Czyli żresz pączki i jesteś jaka jesteś?

Tak, dokładnie. Historia mojego życia w siedmiu słowach (o ile spójnik liczymy jako pełnowymiarowe słowo). Owszem, bywa że żrę pączki. Owszem, jestem jaka jestem. Jestem taka, że uważam pracę nad sobą za dożywotni obowiązek. Jestem taka, że lubię pogłębiać swoją wiedzę na interesujące mnie tematy. Jestem jaka jestem. Nie każdy jest taki i całe szczęście, że tak się od siebie pięknie różnimy. Nie nadawajmy tym różnicom wartości moralnej, bo nic dobrego z tego nie będzie.

Nie mieszkam na księżycu, wiem, że żyjemy w epoce psychocoachingu, ciągłej walki (ach, ten nasz ulubiony język wojny) o bycie lepszą – najlepszą! – wersją siebie, o lepsze jutro, o wszystko lepsze (niż co?).

Wszystkie te musisz, kto się nie rozwija, ten się zwija i cała reszta mądrych maksym nie uwzględnia jednego niezwykle istotnego parametru, a mianowicie przestrzeni umysłowej. Przestrzeń umysłowa to jest takie wirtualne zjawisko występujące w naszej głowie – każdy człowiek jest w stanie zajmować się określoną ilością zagadnień / spraw / problemów jednocześnie. Jeśli ktoś w danym momencie swojego życia walczy o przetrwanie od pierwszego do pierwszego, albo o to, żeby wstać z łóżka i zjeść cokolwiek, to wstawianie mu głodnych kawałków o tym, że może wszystko jeśli tylko się mocniej postara jest wyjątkowo paskudne. Jeśli znamy się już dłuższą chwilę to wiecie doskonale, że mój stosunek do coachingu i amłejowskiego hurraoptymizmu jest oględnie mówiąc sceptyczny. Jeszcze bardziej sceptycznie jestem nastawiona do ludzi, którzy lepiej ode mnie wiedzą co będzie dla mnie rozwojowe i mają czelność mi to komunikować.

Jeśli jesteś w takim momencie w swoim życiu, że potrzebujesz tych zasranych pączków i nie masz w głowie miejsca na samorozwój to sobie go daruj. Zjedz tego pączka, w dupie ze stereotypami. Stereotypy są dla leniwych.

9. Nadwaga to problem społeczny, który trzeba leczyć, a nie normalizować!

Nadwaga to bodaj jedyny problem społeczny, do którego piętnowania poczuwa się całe społeczeństwo – z nami, grubaskami, włącznie. Nie pozbieramy śmieci w lesie; nie zadzwonimy po policję, kiedy sąsiad tłucze żonę w domowych pieleszach; nie podniesiemy pijanego człowieka w metrze; nie dołożymy do leków emerytce, która w aptece próbuje zdecydować które z recept powinna zrealizować w tym miesiącu, a które jeszcze muszą poczekać; nie zaprosimy na obiad ewidentnie głodnego i brudnego dziecka z podwórka, ale żeby dopieprzyć (pardon my french) grubasowi to się zawsze znajdzie dzielny misjonarz. Gdyby każda z tych osób, które tak bardzo martwią się o mój tłusty zad, miażdżycę, cukrzycę i inne -yce chociaż raz w roku zawiozła mamę, siostrę lub babcię na cytologię, dawno nie mielibyśmy w Polsce problemu z rakiem przydatków.

Owszem, profilaktyka jest bardzo ważna – mądra i dobra profilaktyka, oparta na AKTUALNYCH badaniach, nie piramidzie żywienia z 1964. Na jedzeniu dobrym nie tylko dla nas, ale i środowiska oraz ruchu dla przyjemności (rewolucyjna myśl, co?), nie z modnego przymusu.

W chwili, w której to piszę, moje dziecko powtarza piosenkę, której uczą się w szkole. Fatfobiczną i pielęgnującą kulturę diety, bo wiadomo, że żeby być zdrowym trzeba być na diecie.

10. Co to za pomysł na życie, zajmować się tym, że jesteś gruba

A czym miałabym się zajmować? Tak, jestem gruba. Znam się na tym, jak mało na czym. Całe moje życie kręciło się i nadal kręci wokół tego, że gdziekolwiek się pojawię, tam zawyżam średnią kilogramów na głowę. Otyłość jest doświadczeniem dotykającym wszystkich dziedzin życia – o wielu z nich napomknęłam już w tym tekście, a dużo więcej nie zdążyłam i nie zdążę tutaj poruszyć. Życie rodzinne, towarzyskie, miłosne, erotyczne, zawodowe – każdego z nich doświadczam ze swojej obciążonej nadwagą perspektywy.

I nie, ciałopozytywność nie polega na zajmowaniu się tym, że jestem gruba. Ciałopozytywność – raz jeszcze, niechże to wreszcie wybrzmi – polega na zajmowaniu się niwelowaniem nierówności pomiędzy światem szczupłych, a światem grubych.

I to, tak samo jak inne społeczne nierówności, definitywnie jest czymś, czym się zajmować warto. Myślę że to całkiem dobry pomysł na życie.

Ok, teraz Wasza kolej: czy przychodzą Wam do głowy jeszcze jakieś standardowe teksty, które kojarzycie z torpedowaniem ciałopozytywności? Wiecie, coś takiego, co zawsze usłyszycie od Cioć i Wujków Dobrych Rad, kiedy powiecie, że wcale nie chcecie się odchudzać i że są na świecie rzeczy gorsze, niż bycie grubym człowiekiem. Koniecznie mi napiszcie, jeśli o czymś zapomniałam – chętnie uzupełnię listę. Skoro już mam na sobie kombinezon sapera, to może rozbrójmy wszystko za jednym zamachem?

I mam szczerą nadzieję, że za kilka lat wrócimy do tego tekstu i uśmiechając się pod wąsem, z nostalgią będziemy odkreślać nieaktualne punkty. Bo świat się naprawdę zmienia. W końcu wypracujemy zbiorową ciałopozytywność. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak wyświechtany do połysku frazes, ale to my, ludzie, wywołujemy te zmiany. Zgadzamy się, albo nie zgadzamy. Decydujemy, albo oddajemy decyzje w ręce tych, którzy wierzą, że mają wpływ. Musimy uczestniczyć, Syreny! Nie tylko we własnym życiu (co wcale nie jest takie oczywiste, jak mogłoby na pozór wydawać), ale w życiu naszego otoczenia.

Jeśli wiecie, co chcę powiedzieć.

___________________________________________

Photo by Mohammad Metri on Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

2 comments

  1. Ja z kolei mam taki problem, że niektórzy uważają, że skoro uprawiam sport (bieganie, rower, kijki, spacery a wczesniej tez boks) i staram się trzymac diete to znaczy ze tak naprawde jestem hipokrytka i nie jestem cialopozytywna i tak naprawde nie akceptuje siebie. Szkoda tylko ze sport uprawiam bo moje cialo to lubi i potrzebuje ruchu po 8 godzinach pracy w sklepiku o powierzchni 10m2 a diety jako takiej nie trzymam tylko mam alergie na pewne rzeczy, niektore powoduja bole zoladka a poza tym nadal mam trudnosci z normalnym jedzeniem po zaburzeniach odzywiania i wciaz ucze sie jesc w regularnych godzinach i normalne jedzenie typu mieso czy warzywa a nie kilo ciastek i pol dnia glodowki. Dla mnie wstanie i zjedzenie sniadania to nie nawyk to czynnosc nad ktora nadal pracuje tak jak nad kazdym posilkiem. Ale zawsze znajda sie inni madrzejsi…

  2. Cailopozytywnosc oznacza dla mnie ze niezaleznie od tego jak wygladamy, liczy sie to co jest w srodku i od tego i tylko tego powinna byc uzalezniona sympatia, szacunek itd ktore dostajemy od innych. Cialo to skorupa, kazdy ma taka jaka ma, nie wybieral jej i nie powinno sie go w zwiazku z tym na tej podstawie wartosciowac – kazde na pewno nalezy za to szanowac jako cos co Natura fantastycznie wykoncypowala. Co nie oznacza iz nie mamy prawa do odczuc estetycznych, ale nie jest to cos co powinno sie glosic publicznie tylko sprawa osobista. Last but not least, kazdy ma swiete prawo do samoakceptacji jak i do wyrazania siebie wizualnie w taki sposob jak mu w duszy gra bez narazania sie na oceny postronnych. Tak to czuje i to wydaje mi sie ze probujesz przekazac Ula. Natomiast nie kupuje cialopozytywnosci przejawiajacej sie natchnionym darciem japy ze wszyscy jestesmy piekni. Nie jestesmy (Chocby dlatego ze tyle gustow ile ludzi na planecie) ale wcale nie musimy!