Przejdź do treści

Ciśnienie 238/142. “Wieloryb” Aronowsky’ego okiem grubancypantki

  • Po 1., to nie będzie recenzja filmu. Mój aparat krytyczny zakurzył się i zardzewiał. To będzie moja opinia, myśli zebranie i przedstawienie wrażeń. Zapraszam do dzielenia się swoimi wrażeniami, wypraszam czepianie się o interpretację.
  • Po 2., jestem osobą grubą i to jest moja perspektywa wyjściowa.
  • Po 3. – tekst zawiera spoilery dotyczące treści.
  • Po 4. – Ten tekst powstaje na początku stycznia, po obejrzeniu przeze mnie screenera, który dostarczył Monolith, polski dystrybutor filmu, na potrzeby rozmowy, którą z Anną Piekutowską odbyłyśmy wraz z Natalią Skoczylas na antenie radia Tok FM.

Problem z Wielorybem jest taki, że to mógłby być dobry film, gdybyśmy żyli w innej rzeczywistości.

W takiej, w której ludzie mają dużo większą akceptację dla różnic między sobą i są dużo bardziej skłonni do refleksji. Takiej, w której każde ciało otaczane jest szacunkiem, a grubość nie jest opowiastką o życiowej porażce. Gdyby w tej rzeczywistości fatfobia była zjawiskiem nazwanym, film Aronofsky’ego mógłby być edukacyjną przypowieścią o tym, jak nie traktować grubych osób.

Ale, jak pisze Roxane Gay w felietonie “The Cruel Spectacle of The Whale” [pl. Wieloryb – okrutny spektakl], opublikowanym 10 grudnia 2022 w The New York Times: „Wnosimy to, kim jesteśmy do sztuki, którą konsumujemy”. Dlatego, choć można odczytywać ten film na przewrotnym metapoziomie, uważam, że to gimnastyka nie tyle może nie warta zachodu, co zaciemniająca dlaczego dla mnie, grubej osoby, jest to film, który się nie powinien zdarzyć. Dawanie wiary, że szeroko rozumiana widownia zobaczy Wieloryba i odczyta jako krytykę fatfobii i systemowej dyskryminacji grubych osób to za dużo naiwności – nawet jak na mnie.

Skończyłam ten film z jednym pytaniem w głowie:

Czy gdyby Charlie nie był gruby, to ludzie nadal by uważali, że to dobry film?

Oto Charlie

W ciemnym, niedużym pomieszczeniu na kanapie siedzi leń. Przepraszam, to jest, główny bohater. Z przerzedzonym, tłustym włosem, potem wiecznie sperlonym na twarzy, w smutnych ubraniach (czemu nie w płachcie z namiotu cyrkowego albo tira?) upstrzonych plamami potu. Insygnia jeg to jedzenie (wielki kubeł KFC, pizze, szuflada ze słodyczami czy kanapka z klopsem, którym – a jakże – Charlie niemal się zadławia) i środki ułatwiające poruszanie się (balkonik, chwytak, a później również wózek).
Jest też scena kompulsywnego jedzenia, co do której mam mocno mieszane uczucia. Tak, napady Binge Eating Disorder to część codzienności wielu z nas, ale chciałabym, żeby przestały być tą prostą opowiastką „jesteś grubx, bo wpi*dalasz”.

Wracając do bohatera, warto zwrócić uwagę na pewien zabieg dźwiękowców. Kiedy ostrość kamery fokusuje się na postaci Frasera, głośnik wypełnia się osobliwym, naturalistycznym ASMRem. Charlie przeżuwa, oddycha, kaszle i postękuje głośniej niż osoby, z którymi wchodzi w interakcje.
Te dźwięki wyonanizowane są do rozmiarów operowych. Żebyś, osobo na widowni, nie przeoczyła przypadkiem animalistycznego aspektu postaci. Ludzie przecież nie jedzą w taki sposób.

Mimo tych zabiegów bohater, przyznaję, budzi moją sympatię. Rzadkie chwile, w których otaczające go osoby wchodzą z nim w zwykłe ludzkie interakcje jak wspólny śmiech (wywołany żartem typu “dystans”) czy przytulenie, dodają trochę światła do trudnej opowieści o samotności, złamanym sercu i popełnionych błędach.
Dla mnie tą częścią historii Charliego, z którą oglądając ten film mogłam się utożsamić najbardziej, był wątek rozdarcia pomiędzy powinnościami rodzica, a potrzebą zachowania siebie. I nie ma co się łudzić, ta historia daje patelnią w twarz każdej osobie, która uważa, że mając dziecko ma jeszcze prawo się zakochać i szukać w życiu szczęścia. Jak to u Aronofskiego, przypowieści mają dość łopatologiczne morały.

I tak też jest skonstruowane przedstawienie głównego bohatera. Na stereotypach, żeby nikt nie przeoczył, że grubość to synonim życiowej porażki i koniec nadziei na jakąkolwiek poprawę.

Poza Charliem w filmie pojawiają się cztery postaci ustawione do grubości głównego bohatera w czterech charakterystycznych postawach, które wiele z nas zna ze swojego życia, nawet, jeśli nie jesteśmy infinifats.

  • Liz, uosobienie medykalizacji, poznajemy jako przyjaciółkę, ale przede wszystkim medyczną opiekunkę Charliego. Dostawczynię jedzenia. Jej atrybutem jest stetoskop, to ona mierzy mu ciśnienie, to ona orzeka, że oto Charlie umiera. Liz jest strażniczką jego zdrowia, gdy dowiaduje się, że bohater jest w posiadaniu pieniędzy, które mógłby przeznaczyć na rachunki medyczne, ale wybiera, że nie będzie się leczyć i chce te pieniądze przekazać córce, złości się i znika. Przecież lepiej wie, co ze swoim zdrowiem powinien zrobić Charlie.
  • Ellie, uosobienie wyparcia, córka Charliego – to dla mnie chyba najobrzydliwsza z postaci, ale jest tak być może dlatego, że motyw zbuntowanej, nieprzyjemnej dla rodziców nastolatki mam w domu na co dzień. Ale wróćmy do jej wyparciowej postawy wobec ojca. Tym, co szczególnie zwraca moją uwagę, są sytuacje, w których wmawia ojcu, że ten nie potrzebuje balkonika czy innych pomocy dla mobilności, bo przecież jeśli tylko się wreszcie naprawdę postara, poradzi sobie bez nich. Jakby ich używanie było powodem do wstydu i dowodem na niedostateczną wolę walki.
  • Pastor to wcielenie zbawcy. Lepiej oczywiście wie, czego mu potrzeba i co jest dla niego dobre.
  • Żona to dla mnie uosobienie przerażenia. „Jak mogłxś to sobie zrobić?”. Gorzka pigułka ze zmieszanych w równych proporcjach rozczarowania i smutku.

Kreślę te postaci grubą krechą i bez zadęcia na profesjonalną krytykę. Po prostu oglądając, widziałam w nich różne osoby z własnego życia i ich postawy wobec mojej grubości.

Utracone człowieczeństwo

Jest w tym filmie jeszcze postać Dana, dostawcy pizzy, z którym Charlie porozumiewa się przez drzwi. To długotrwała relacja, nie dziwi więc, że Dan zaczyna w końcu wykazywać wobec Charliego troskę, która pryska, gdy któregoś dnia zamiast odejść jak zawsze, dostawca pizzy zostaje, żeby zobaczyć jak wygląda jego stały klient.

Ta scena sprawiła, że serce spadło mi na posłogę z wielkim plaśnięciem. W tej jednej chwili, Charlie traci dla niego status człowieka. Ten poblask zaskoczenia wymieszanego z obrzydzeniem, to w mojej opinii idealne podsumowanie tego, jak tak naprawdę, bez banialuk o empatii, patrzy na swojego bohatera reżyser. Jak na grube osoby patrzymy my, wychowani na programach typu “Historie wielkiej wagi”, które oglądamy głównie po to, żeby upewnić się, że jeszcze nie mamy AŻ TAK przejebane.

Nawet pojawiające się w filmie cytaty z Biblii konstytuują ostateczną klęskę i potępienie Charliego.

National Geographic i inne klątwy

Operator kamery kanału przyrodniczego nie powstydziłby się udawanego obiektywizmu filmowych scen, w których Charlie wstaje z kanapy. Mnie brakowało tylko przebitki na kaszalota wyskakującego z wody. Jest podniosła muzyka, jest ciało, które się nie kończy, jest wreszcie praca kamery podkreślająca wielkość głównego bohatera tak bardzo, że zmusiła mnie do zgooglowania, ileż ten Brendan Fraser może mieć wzrostu. Bo w oku kamery ma co najmniej 2,5 metra.

Kiedy Charlie idzie przez swoje mieszkanie wsparty na balkoniku, jego ciało zdaje się zakrzywiać okoliczną materię, jakby był czarną dziurą, odkształcającą przylegające prawa fizyki. Trudno mi było pozbyć się wrażenia, że jego codzienność za chwilę imploduje. Wszystko wokół niego zdaje się za małe, skrzypi i pojękuje.

Czas pomiędzy grubym ciałem a kamerą zatrzymał się w latach 90. Znów jesteśmy w domu grubej mamy Gilberta Grape’a i czekamy, aż codzienność poskłada się wokół grubego protagonisty jak domek z kart.

„Wymknęło mi się to spod kontroli”

Dlaczego historia grubej osoby, żeby została uznana za wartą opowiedzenia, musi być tragiczna?

Kiedy Aronofsky opowiada o tym, że użyty przez niego fatsuit jest odkupieniem wszystkich dotychczasowych fatsuitów w kinematografi; odczarowaniem “komediowych” sztucznie pogrubianych ciał, dostaję torsji. Oto biały i szczupły zbawiciel wjeżdża na salę kinową uratować nas przed grubą Monicą, Schmidtem, czy Norbitem. Upadnijmyż na kolana i dziękujmy!

Powiedzmy to sobie otwarcie: grube osoby nie potrzebują zbawców. Nie mieszkają w nas chude osoby, które trzeba uratować. Nie potrzebujemy ratunku i wielkich gestów.
Potrzebujemy być traktowanx jak ludzie.

I na koniec, jako wisienkę, mam dla Was cytat z Roxanne Gay, z jej felietonu The Cruel Spectacle of ‘The Whale’:

„Wieloryb” to przykład zacierania się granic pomiędzy kreatywnością a kulturową szkodą. Twórcy mogą opowiadać jakiekolwiek historie chcą, tak jak im się podoba. Ale są konsekwencje. Film taki jak ten tylko wzmacnia dehumanizujące spojrzenie na grubość.


Opowieść o grubości, to opowieść o życiu prawdziwych osób. Takim, na końcu którego nie ma wniebowstąpienia i nie grają smyczki.

1 komentarz do “Ciśnienie 238/142. “Wieloryb” Aronowsky’ego okiem grubancypantki”

  1. Generalnie mam cholerny problem z narracjami u Aronofskiego. On się napawa ludzkim zatracaniem się w unicestwieniu, zatraceniem się do odczłowieczenia. To było w Zapaśniku, to było w Czarnej łabędzicy, to jest i w Wielorybie. Ci jego bohaterowie idą w zaparte kosztem wszystkiego, nie patrząc na potrzeby swoje, innych, zdrowy rozsądek, okoliczności i Aronowfski jest tym sadystycznie zachwycony. Zapaśnik woli zginąć skacząc, niż leczyć serce; baletnica dostaje psychozy w pogoni za doskonałością, Charlie karze się za to, że kiedyś wybrał własne szczęście.

    Tutaj i Aronofski i Von Trier mają coś w sobie z chorej miłości Andersena do męczenników i do „jak oni cudownie cierpią”.

    Co więcej, dla mnie ten film był filmem o egoistach. Żadna z postaci nie widziała drugiej osoby, tylko odbicie siebie i swoich niepowodzeń:
    – Liz, w gruncie rzeczy szwagierka Charliego, za wszelką cenę próbowała go ratować, bo przecież nie udało jej się uratować brata, którego wykończył ostracyzm sekty (i inne zaburzenie żywienia – anoreksja). Ona widziała w nim swoją bezradność.
    – mały głupi nawiedzeniec widział w Charliem swoje winy i swoją drogę do zbawienia i powrót do sekty. Nie umiał stawić czoła swoim wadom i wadom sekty, więc musiał wlec Charliego ku nawróceniu. W końcu nie znalazł odwagi, żeby żyć samodzielnie i wrócił do bezpiecznej klatki zakazów i nakazów.
    – Ellie widziała w ojcu swój gniew i lęk. Wyżywała się na nim, żeby wreszcie mieć nad kimkolwiek kontrolę i świadomość, że ojciec – wreszcie – nie ucieknie.
    – żona widziała w nim swoje porażki, bezpieczne ujście frustracji i wygodną „podusię” do przytulenia

    A sam Aronofski? Perwersyjnie widział w nim świętego masochistę, który pozwala innym wpychać w siebie całe zło, póki go ono nie rozsadzi i ból go nie uniesie do nieba.

    Podsumowując – bardzo umiejętnie zrobiony bardzo szkodliwy film.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *