Wpis i wciśnij enter.

5 zjawisk plus size, które powinny zostać w 2017

5 trendów plus size do lamusa

Za nami, plus sajzowe mróweczki, Syreny Wy moje Lądowe, bardzo obfity rok. Dużo się zmieniło w naszym wielkogabarytowym krajobrazie zewnętrznym. W wewnętrznym, mam nadzieję, również. W zewnętrzu zmieniły się kolejne okładki, pokazy mody, pierwsze programy w telewizji (na skalę mikro i makro, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć), z końcem lata otwarte mówienie “tak, jestem plus size” dotarło do polskiego youtuba, gdzie pod postacią hauli i innych try on’ów nastąpił zbiorowy coming out. Okazuje się bowiem, że wśród polskich internetowych twórczyń grubasek Ci u nas dostatek. I kiedy przestało być w złym tonie przyznawanie się do metki, kiedy billboardy z naszym narodowym dobrem ciężkiego kalibru opanowały wielkie miasta, wreszcie zaczęłyśmy o tym rozmawiać publicznie. Nie wiecie nawet ile mam z tego frajdy.

 

Działo się aż do ukręcenia głowy! Aż do tego punktu, w którym TRENDY PLUS SIZE! – nie regulujcie odbiorników, dobrze czytacie! – trendy plus size można podsumować i… wysłać do lamusa. Czyli tam gdzie ich miejsce.

 

Wybaczcie mi nadmiar wykrzykników – tak się pod!eks!cy!to!wa!łam pisaniem tego tekstu, że chociaż mam węzły chłonne wielkości dorodnych mandarynek, poderwałam się z łóżka i kończę pisanie na siedząco. A gdybym miała biurko na szelkach, pewnikiem chodziłabym w tę i nazad jak, nie przymierzając, Dulski. Z Krakowa do Moskwy, i dalej.

 

Z okazji końca pełnego kalendarzowego roku mojego blogowania o plus size i body positive; z okazji końca szalonego roku, w którym przestałyśmy publicznie chować się po kątach; w okazji końca roku, w którym wiele osób, nawet w naszym najbliższym otoczeniu, po raz pierwszy zobaczyła w nas ludzi, a nie tłuste krowy – z tej właśnie okazji z całego serca Syreny Matki życzę Wam, żeby w niepamięć odeszła ta niesławna piątka mód i utrapień, którą wlekłyśmy ze sobą przez cały 2017:

 

1. oversajzy plus size

 

Oversajzy są fajne tylko wtedy, kiedy H&M w dziale dla “normalsów” ma ciuchy, w które upycham swoje 48/50. Dużo mniej fajne są wtedy, kiedy ponad połowa szyjących odzież plus size firm ma w swojej ofercie głównie worki. Nie obrażam się na worki z pomysłem. Obrażam się na worki, mające na celu ukryć jak najwięcej osoby, która je nosi. Obrażam się i na wieki wieków przeklinam wszystkich, którzy wierzą, że gruba kobieta ma udawać, że nie jest gruba, a jeśli już nie może iść być grubą gdzies indziej, to niech przynajmniej nosi worki.

 

Ja to rozumiem, z drugiej strony, że firmy szyją dla ludzi i że chcą swoim towarem obracać jak gorącymi bułeczkami. Oraz że w szycie worków jest wygodnie, bo nie trzeba się zastanawiać nad różnymi formami, jakie przybiera rozłożyste ciało. Nie trzeba pamiętać o tym, że nie każde jest klepsydrą albo jabłkiem, oraz że istnieją takie konfiguracje tłuszczu na ludzkim ciele, o jakich się konstruktorom odzieży nie śniło. Ja to wiem, i ja to rozumiem.

 

Ale z trzeciej strony – jeśli producenci odzieży nie nauczą rynku mody, to kto ten rynek nauczy? Moda na ulicy dzieje się przez podaż, jeśli nie wierzycie to sie lepiej zastanówcie, czy przypadkiem w ostatnim czasie nie kupiłyście marynarki z poduszkami w ramionach. Jak się dziecko nauczy jeść tylko chleb z szyneczką, to nie ma się co dziwić, że nie myśli o warzywkach. Z modą jest tak samo. Oversajzy to jest ten chleb z szyneczką, żeby nie było wątpliwości.

 

2. bielizna modelująca do wszystkiego

 

W dogmacie noszenia bielizny modelującej jest coś, czego nie da się łatwo wytłumaczyć. Trochę iluzja, że zakładając ściskające trykoty naprawimy to, co wałkami tłuszczu popsuła natura, hormony, ew. lata kiepskiej diety. Trochę iluzja poczucia kontroli nad własnym ciałem, bo przecież teraz ja, za pomocą tej oto halki mówię ci, ciało: – stań się wcięcie w talii! A trochę jednak presja społeczna i przymus, bo przecież nie ma nic równie szkodliwego i obraźliwego dla opinii publicznej jak gruba baba z WLM* (tłumaczenie na użytek własny, w oryginale VPL – Visible Panty Line), a już nie daj boczku, z WLB! (jw., oryg. – VBL – Visible Belly Line). Jest sukienka, to pod sukienką musi być gładko, ament.

 

I znów, ja nie mam w sumie nic do tego, co kto nosi pod sukienką, ani do tego czy ją nosi w ogóle. Warto jednak sprawdzić, czy się aby przypadkiem nie straciło umiaru. Zakładanie bielizny modelującej na duże wyjścia jest ok. Ale jeśli wciskamy się w pas obciskający wychodząc po bułki, a majtki z takiegoż trykotu zakładamy nawet pod bikini, to jest w tym, prawdaż, coś niepokojącego.

 

Żeby nie było – sama mam niezłą kolekcję modelujących narządów Szatana w szufladzie. Zakładam czasami, oczywista. Zauważyłam jednak ostatnio, że kiedy gdzieś wychodzę to niechęć do graniczącego z natręctwem kompulsywnego obciągania halki (nawet takiej z body!) wygrywa z chęcią bycia Jessicą Rabbit. No trudno.

 

3. staniki w rozmiarze 85D i majtki w rozmiarze 3XL

 

Apage, niedobrana bielizno! Apage, bielizno dobrana rok i dwa rozmiary temu! Apage, za małe i rolujące się majtki! Apage, staniku, z którego wylewamy się na prawo i lewo! Zaprawde powiadam Wam – dobrze dopasowana bielizna zrobi z 75% tej roboty, której oczekujemy od bielizny modelującej. Odklejenie biustu od brzucha daje optycznie 10 kilo mniej i odkrywa talię. Majtki w TWOIM rozmiarze nie wcinają się w tyłek i nie trzeba się martwić wygładzaniem wystających nad gumką boczków.

 

Każda duża dziewczyna wie, że nie ma czegoś takiego jak rozmiar uniwersalny i tak samo powinna wiedzieć, że rozmiar 85D to nie jest coś, co pasuje na każdą pierś od rozmiaru 42 w górę.

 

Bielizna to nasz sprzymierzeniec – uświadomienie sobie tego zajęło mi lata. Lata. Zawsze wydawało mi się, że co tam majtki. No co mogą majtki. Przysięgam, że kiedy z początkiem roku robiłam czystki w szufladzie, wyrzuciłam czerwone majtki, które miałam na sobie na półmetku w liceum. Umówmy się, to było dawno. I nie, nie trzeba wydać kroci, żeby wymienić bieliznę na pasującą. Legendarne paczki majtek z Bonprixa nie kosztują przesadnie dużo, a teraz, w sezonie przecen, można się stanikowo obkupić po uszy za wartość jednego modelu w regularnej cenie. Znajdzie się parę złotych na nowy lakier do paznokci? To i na dopasowane majtki się znajdzie.

 

 

4. Czarny z czarnym

 

Grzeszek, do którego sama się poczuwam. Są takie momenty, kiedy uważam, że czarny z czarnym to najlepsze zestawienie kolorystyczne, jakie człowiek kiedykolwiek wymyślił. Raz na jakiś czas łapię zajawkę, że chciałabym być jedną z tych lirycznych i szykownych dam, które noszą wyłącznie czerń. A potem sobie przypominam, że przecież nie ślubowałam pilnować Muru i gdzie jest moja różowa marynarka?

 

Uwielbiam czarny kolor. Nie znoszę zaś tego, że wedle producentów ubrań w duzych rozmiarach czarny powinien stanowić podstawę mojej garderoby. Czarne, czarne, wszystko czarne. Czarne sukienki, czarne spódnice, czarne swetry, czarne płaszcze. Ble. Wychodzę na ulicę i, szczególnie zimą, zatyka mnie od braku kolorów. Wszystko smutne. Czarne oversajzy śnią mi się po nocach.

 

Niech te piękne, doskonałej jakości czarne rzeczy w rozmiarach powyżej 42 będą sobie. Też będę chętnie nosić. Ale przede wszystkim – chcę mieć wybór. Nie dosyć, że nie jestem w stanie robić zakupów odzieżowych, to jeszcze tam, gdzie mogłabym coś kupić jestem pozbawiana wyboru. Żółty to też kolor, wiecie? I zielony. I fioletowy. Fioletowy zwłaszcza!

 

 

5. Hiperkobiecość

 

O moim stosunku do przerysowanej kobiecości pisałam już tutaj. Mam nadzieję, że razem z 2017 rokiem do lamusa odejdzie przekonanie, że kobieta plus size, jeżeli nie jest od stóp do głów zrobiona, to znaczy, że jest zaniedbana. Sztuczne rzęsy, obcasy oraz inne gorsety nie stanowią o mojej kobiecości. I w nich, i bez nich jestem jednakowo sobą. Idiotyczny przymus podawania się w ten konkretny sposób wcale nie działa na naszą korzyść. Był czas, kiedy największym moim stresem był fakt, że mój chłopak zobaczy mnie rano bez makijażu. Albo że, nie daj bobie, wyda się, że na nogach rosną mi włosy. Albo, co gorsza, wąsy.

 

Odkąd pamiętam fascynowały mnie kobiety dzikie. Z dumą noszące swoje “niedostatki” – monobrew, włosy na rękach, nieumalowane rzęsy. Fascynowała i nadal fascynuje mnie siła cielesności, która wymyka się spod kontroli, unika ujmowania w ramy. Fascynowały mnie Frida, Magda, Charlotte, Anka i Michelle.

 

Body positive to nabierająca rozpędu lokomotywa, która – wierzę – wyprze nasze trochę już przeterminowane podejście do plus size. Udowodniłyśmy już, że potrafimy być atrakcyjne w stereotypowym tego słowa znaczeniu. Teraz czas udowodnić sobie, że nie musimy.

 

Przydługo, ja wiem.

Ale czyż nie warto się czasem obejrzeć przez ramię? Czy nie dobrze zobaczyć, co po roku ciężkiej pracy (bo spotykanie hejterów i tłumaczenie im, a nie banowanie z marszu to jest naprawdę ciężka praca nad cierpliwością własną) możemy otrzepać ręce i powiedzieć: No, to nam się udało!

 

Widzę, że nie ma już w okolicach mojego blogowego poletka wielu osób, które towarzyszyły mi, kiedy niezdrowo ekscytowałam się Ashley Graham na pokazie u Korsa. Kiedy pisałam pierwsze GRUBE RANDKI! Kiedy pokazywałam Wam logo bloga. Szmat czasu minął i mam nadzieję, że i u Was, i u nieobecnych już blogu Syren Lądowych zmieniło się na dobre. Widzę też nowe twarze i jaram się tym ogromnie.

 

Jak oceniacie ten rok? Myślicie, że można w plus size jeszcze lepiej niż teraz?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

20 comments

  1. Jeśli tylko Twój blog nie zniknie, to nie mam wątpliwości, że można w plus size jeszcze lepiej 🙂 <3 <3 <3

    1. Zdecydowanie nie planuję takich gwałtownych ruchów, słowo!

  2. 5xTak! Co do ostatniego punktu – też walczę z wewnętrzną presją, żeby zawsze i wszędzie być idealnie zrobioną – co kończy się tym, że nie maluję się prawie wcale – bo nie bardzo umiem w makijaże a każda próba pomalowania paznokci kończy się natychmiastowym zmyciem lakiery 😉

    1. To i tak dobrze, że zmywasz. Ja głównie zjadam 😉

  3. Jak zwykle w punkt. Twoje obserwacje plus sajzowych “norm” i bolączek są jak zwykle trafne. Dodałabym jeszcze do tego – bo teraz tu widzę lukę – problemy Kobiet/Dziewczyn które są nieco większe niz przewiduje to “młodzieżowa” rozmiarówka kończąca się na rozmiarze szumnie nazwanym 42 a odpowiadająca wymiarom realnego 38! Pisze o tej grupie osób które NIE SĄ żadnym plus sajzem a których prawie żadna dostępna rozmiarówka odzieżowa nie obejmuje bo tzw “standard” (jak ja nie nienawidzę tego sformułowania) kończy się wcześniej a jeśli już trafi się coś fajnego, większego, to zaczyna sie dalej czyli jeśli ktoś ma wątpliwe szczęscie być właśnie pomiędzy trafia w czarna dziurę między rozmiarami…

    1. Ja się wobec tego pytam z czego iz kogo żyją firmy szyjące odzież w Polsce? Skoro obsługują tylko klientki od 36 do 42 (bo z tego co wiem o 34 nie jest wcale łatwo). Jaka to musi być ogromna konkurencja!

      1. Wiesz, ja w ogóle ostatnio pomyślałam, że sam podział na rozmiary “normalne” i plus size jest po prostu obraźliwy. Ubrania powinny być po prostu szyte w wielu rozmiarach. Kropka. Dlaczego mam iść do specjalnie wydzielonego miejsca w sklepie i w dodatku nie móc kupić tych samych rzeczy, które są dostępne w głównej części. No nie jest to paranoja??

        1. Może to kwestia perspektywy, ale ja ciągle trafiam w sieciówkach na 34, ba, nawet na 32. Za to 44 widzę coraz rzadziej, większość sklepów kończy na 40-42. A potem słyszę, że polskie społeczeństwo coraz grubsze…

  4. Ja Ci już pisałam – jesteś moim odkryciem roku i Oświeceniem Majtkowym!!! A w stanikach odpowiednich siedzę od lat, więc co z tymi majtkami?… Jak widać, możesz odkryć jeszcze wiele takich oczywistych oczywistości 🙂

  5. Lubię Twój dystans…i lekkośc pióra. Jakoś nigdy nie przejmowałam się brakiem ciuchów w moim rozmierze…polowanie na coś fajnego ma do tej pory znamiona super zabawy i kreowania siebie z tego co ŻYCIE i sklepy przyniosą. Makijaż uwielbiam…maluję się zawsze przed pracą lub dłuższymi zakupami…ale pierwszą rzeczą jaką robię po powrocie do domu to zmywam wszystko…mąż jeszcze nie uciekł na mój widok;) Ze stanikami to prawda…te z fiszbinami odejmują optycznie kilka cm ale nie zawsze powalają wygodą…jeśli więcej chodzę w pracy to są OK….jeśli zapowiada się dzień posiedzeń …wybieram bez drutów.
    Lubię swoją kobiecość…i o zgrozo nawet lubię SIEBIE …! taką grubą…bo w każdym cm jestem JA!
    Fajnie, że lubiąc siebie przekonujesz, że WARTO BYĆ SOBĄ!
    a jesli same siebie nie będziemy lubić to inni tez nie będą tego robić!!!
    Szczęśliwego GALANTOWEGO Nowego Roku:)

  6. Chyba jakieś fluidy wysyłasz, właśnie wróciłam z M&S z trzema parami nowych majtasków 🙂 (były też i takie w rozmiarze XXL, koronkowo-fikuśne). Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

  7. Życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku, w tym niegasnącego poczucia humoru każdego dnia:)

  8. Świetny artykuł, widać, że napisany przez dziewczynę, ktorej nie brakuje zdrowego rozsądku. Super, że zajęłas się tym ważnym tematem. Aż prześlę linka Przyjaciółce 😊.

  9. Mam nadzieję, że doczekam pięknych czasów, kiedy sprzedawcy i producenci zaczną dopasowywać rozmiarówkę ubrań i bielizny do rzeczywistych wymiarów klientek a nie manekinów xxs… Świetny wpis!

  10. Świetny post kochana.

  11. Bardzo dobry post, świetnie napisany! Ja oceniam ten rok bardzo dobrze, pomimo przykrości jakie po drodze miały miejsce w moim życiu. Jestem Twoją nową syrenką lądową, będę tu regularnie zaglądać. 🙂

    Pozdrawiam cieplutko!

  12. Piękny tekst. Dziękuję 😘

  13. Może i fajnie że akceptujesz siebie i potrafisz się sobie podobać, ale pamiętajmy że otyłość nie jest zdrowa. W skrajnych przypadkach nawet uniemożliwia posiadanie dzieci. Fajnie, że robisz taki blog, nawet mi, chudej lasce, ale pamiętaj że otyłość powinna być leczona 🙁 tak, wiem zaraz mnie dojedziecie. Pozdrawiam i życzę zdrowia!

    1. Póki co to tylko Ty dojeżdżasz. Cieszę się, że podoba Ci się blog, ale:
      Po 1 – nie każdy chce mieć dzieci
      Po 2 – zdrowie danej osoby to jej sprawa
      Po 3 – zdrowie psychiczne to też zdrowie
      Pozdrawiam i więcej empatii życzę!

    2. Kasiu, to nie jest blog o dietach, chorobach i bezpłodności 🙂 Można być dużym i zdrowym, małym i chorym lub tysiąc możliwości pomiędzy. Ja Cię dojeżdżać nie zamierzam, chyba wystarczy, że Ty to robisz niechudym koleżankom. Nie wiem, mi się jakos nie zdarza wchodzic na blogi i sugerować ludziom, że są chorzy, bo mi się tak zdaje.