Wpis i wciśnij enter.

Abecadło Plus Size – J jak jedzenie6 min. czytania

Kiedy w internecie czytam, że tyję, bo jem ze znajomymi albo dlatego, że przyjaźnię się z moim narzeczonym, to mózg mi staje w poprzek.* Bo przecież gdybym jadła sama, to wystarczyłoby mi skonsumowanie w milczeniu trzech ugotowanych marchewek. Bo przecież gdyby mój narzeczony pozostawał moim cichym sędzią, to chodziłabym ciągle z wciągniętym brzuchem i utrzymywała go w przekonaniu, że kobiety nie jedzą i nie defekują. Wiadomo.

Gorąca miska

Niewiele jest w sieci tematów bardziej gorących, niż jedzenie. Piękne zdjęcia pięknych dań zawsze budzą entuzjazm – sama od dawna zamiast filmów pornograficznych oglądam video kulinarne. Cudza dieta, a dokładnie nasze przekonanie o jej beznadziejności bezbłędnie wzburza krew.

Jedzenie nigdy nie było tylko jedzeniem. Pomyślcie sobie, wedle naszej wiedzy o historii ludzkości sposób odżywiania wymusił ewolucję ludzkości. Przejście od zbieractwa, przez łowiectwo, do rolnictwa. Głód dziesiątkujący ludzką populację. Pamiętacie jeszcze z historii, że kiedyś wojny wszczynano po to, żeby mieć ziemię, którą można by uprawiać DLA JEDZENIA? Dostęp do zasobów (choć oczywiście nie tylko) spożywczych warunkował podziały klasowe i społeczne. Dostęp do niego lub jego brak determinował rozwój i upadek kultur. Historia ludzkości to historia relacji gatunku ludzkiego z jedzeniem właśnie. Ośmielam się twierdzić, że jedzenie jest tekstem kultury, takim samym jak kroniki, architektura czy relikwie.

Jedzenie jest spoiwem społecznych relacji. Wspólne zasiadanie do stołu jest gestem zaufania i dobrych relacji. Słynna polska gościnnośc zakładała zastawianie stołu czym chata bogata. W naszym kręgu kulturowym jemy świętując przyjemne chwile: rodzinne okazje, święta, niedzielne obiadki. Nie wiem jak u Was, ale święta mojej rodziny to jest maraton żarcia. Jemy dużo, długo, głośno i razem.

Kto Cię nauczył tak (nie) jeść?

Z wydatną pomocą producentów żywności i biznesu reklamowego zrobiliśmy z jedzenia obsesję. Jedz cukier, nie jedz cukru! Jedz tłuszcze, palcem ich nie rusz! Chleb to śmierć! Sól to śmierć! Gluten to sperma szatana! Laktoza cię zabije! To jedz, tego nie jedz, najlepiej nie jedz w ogóle, albo same superfoodsy. No Matko Bosko Dietosko, dajcie żyć!

koszulka autorstwa Fat Mermaids
koszulka autorstwa Fat Mermaids

Nie wierzę w mitologiczne super badania amerykańskich naukowców (te bez wyników opublikowanych w uznanych periodykach naukowych), w diety-cud, w prozdrowotne porady z kolorowych magazynów. Wiecie, że w latach ‘60 Marlboro ufundowało badania mówiące o tym, że palenie ma pozytywny wpływ na zdrowie? Nie mówię, że trzeba kwestionować wszystko, co na temat żywienia pojawia się w mediach. Ale może warto robić regularnie rachunek sumienia w zakresie ilości przyswajanych przez nas bzdur? Na przykład moje ulubione zakwaszenie organizmu i zespół niespokojnych nóg. Nowe, wyssane z palca jednostki chorobowe powstają każdego dnia.

Wystarczy otworzyć facebooka i już jesteśmy w krainie specjalistów do spraw odżywiania. O tym, że kiedy jesteś gruby KAŻDY czuje się w obowiązku konsultowanie cię dietetycznie pisałam już niejednokrotnie. Nic się w tym temacie nie zmienia, mój sposób odżywiania się niezdrowo ekscytuje lepszy ode mnie sort fitludzi. Marzy mi się, że z podobnym zapałem podejdziemy kiedyś np. do obywatelskiej edukacji otoczenia. Jak bardzo świat mógłby skorzystać, gdyby całą tę energię poświęcaną codziennie przez setki tysięcy ludzi obrażających grubasów w sieci i poza nią, skanalizować na czymś pożytecznym? Tego się pewnie nigdy nie dowiemy.

Mindful-co?!

Ręka do góry, która z Was nigdy nie zawahała się i nie skurczyła w sobie na myśl o jedzeniu publicznie. Która nigdy nie zamówiła w restauracji sałatki tylko dlatego, że ludzie patrzą. Na skutek masowego społecznego nacisku jedzenie stało się pułapką. Tańczymy sobie jak pchane wiatrem foliowe torebki od pożądania do jedzenia, od jedzenia do poczucia winy. I z powrotem, oczywiście.

Jako osoba uzależniona od słodyczy umieram codziennie. Moje dragi są wszędzie. Nie wierzysz? Wyzywam Cię: wejdź do sklepu ze spożywką, w którym nie ma słodyczy. Nawet w warzywniakach na półkach rozpychają się batoniki zbożowe, czyli cukier przebrany za błonnik. Nie mam luksusu izolacji od mojej słabości. Nie mogę okręcić się na pięcie i wyjść, bo w przeciwieństwie od alkoholu i papierosów, sprzedaż i spożywanie słodyczy nie podlegają żadnym regulacjom. Są okresy, kiedy udaje mi się uzbierać na żeton za abstynencję, ale prędzej czy później i tak się potykam. Twarzą prosto w bitą śmietanę wyrzutów sumienia.

Czy da się z tym skończyć? Czy można zrobić tak, żeby kolejne pokolenia wrażliwych młodych ludzi nie przechodziło przez ten sam problem, przez te same – mało z resztą skuteczne – próby rehabilitacji naszych układów z jedzeniem?

Słyszałyście o mindful eating? To podejście zakładające szczególną uważność podczas spożywania posiłków.

    • jedzenie w skupieniu (bez telewizora, bez telefonu i rozmów),
    • powoli (trzeba pamiętać, żeby gryźć!),
    • wtedy kiedy jest się głodnym (nie dlatego, że ten makaron woła nas z lodówki),
    • w wyznaczonym miejscu o ustalonej porze (nie w przelocie, za biurkiem, w tramwaju)
  • z myślą o jakości spożywanego jedzenia (nie kupioną w żabce gotową sałatkę)

Świetnie to wygląda, co? To teraz się przyznaj, przy ilu punktach skrzywiłaś się z myślą no na pewno!, co? Ja, z ręką na sercu, przy każdym.

Między pochylnią, a równoważnią

25% dziewczyn stosujących diety rozwija zaburzenia odżywiania (projekt. Agnieszka Mielczarek)
25% dziewczyn stosujących diety rozwija zaburzenia odżywiania (projekt. Agnieszka Mielczarek)

Odseparowanie jedzenia od emocji to bardzo zaawansowana i wymagająca ogromnej ilości pracy – często nawet z profesjonalistą – operacja. Może jednak łatwiej byłoby wcale nie zaczynać? Przemyśleć, czego o jedzeniu uczymy nasze dzieci? Edukować siebie i innych.

Niezależnie od tego jak skomplikowane, nasze relacje z jedzeniem nie powinny być powodem do wstydu. To tylko jedzenie, nie kolejna śruba, którą sobie dokręcamy. Rozejrzyj się dokoła, na pewno znasz chociaż jeden przykład na dowód, że to nie ma końca. Że nigdy nie jest dosyć dobrze.

Wypisałam się z dietowego maratonu dawno temu, ale do równowagi nadal mam daleko. Trudno mi myśleć o tym, co jest dla mnie naprawdę dobre, kiedy mózg domaga się cukrowego haju. Kiedy mam ochotę jeść ten cukier choćby łyżeczką z cukierniczki.

Za mną lata zajadania emocji, chudnięcia i wrzucania na masę, diety. Co przede mną? Mam nadzieję, że upragniona homeostaza.

A Ty, Syreno? Jaka jest Twoja talerzowa historia?

  • – autentyczne przykłady z artykułu opublikowanego na stronie Eat This, not that!

POZOSTAŁE WPISY Z CYKLU:

A jak aktywnośc fizyczna – TUTAJ

B jak brak akceptacji – TUTAJ

C jak choroby – TUTAJ

D jak dyskryminacja – TUTAJ

E jak empatia – TUTAJ

F jak fałdy– TUTAJ

G jak gapią się! – TUTAJ

H jak heheszki – TUTAJ

I jak indywidualność – TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

17 comments

  1. To bardzo ważny i trudny temat – co zrobić, żeby jedzenie było tylko jedzeniem. Przecież to i tak dużo – ma nas karmić, dawać energię, sprawiać, że jesteśmy zdrowe i silne. A jednak jedzenie = emocje, myślę, że u większości z nas. Katowałam się dietami od 15 roku życia, nadużywałam się, nie jadłam – było super, jadłam – byłam obrzydliwą świnią. Diety były od poważnych dietetyków, z którymi widywałam się regularnie, żeby podsumowywać moje straty kilogramów (na początku) i przybieranie na wadze (chwilę później). Nigdy, nie można, nie wolno, nie jedz, zapomnij – te słowa wywoływały we mnie nerwowe kiwanie się na prawo i lewo. W końcu trafiłam do psychodietetyczki z prawdziwego zdarzenia, bez diet, bez katowania się, z miłością do siebie. Powoli idzie ku lepszemu, ku upragnionej homeostazie. A, i żadne jedzenie nie jest grzechem ani grzeszkiem, nie znoszę tego określenia!

    1. Szkoda, że psychodietetyk to takie rzadkie zjawisko!
      Tak samo rzadkie, jak zdrowe relacje z jedzeniem niestety.

  2. Trochę też mi mózg stanął w poprzek. Ciekawe, czy są na świecie kobiety myślące: „mój chłopak to zasadniczo obcy człowiek i muszę się przy nim Pilnować, co jem i jak jem – ale przynajmniej dzięki temu nie utyłam!”

    1. Z przykrością stwierdzam, że by nie to niespecjalnie zdziwiło 😯

  3. Jako że spożywkę zamawia się u mnie w domu przez internety, rzadko mi się zdarza bywać w markecie. Ale ilekroć bywam, tyle razy jestem szczerze zdumiona, jak olbrzymie, gigantyczne ilości miejsca, całe wielkie regały, są zastawione słodyczami, czyli produktem zasadniczo całkowicie nam zbędnym, de facto – używką. Nie jestem zwolenniczką jakiejś jedzeniowej policji ani wpędzania ludzi w poczucie winy z powodu jakiegokolwiek jedzenia, ale jednak myślę, że gdyby nie było tego TYLE, ludzkości rzadziej przychodziłoby do głowy, że musi to wsadzać do wózka przy każdych zakupach. I czy jednak nie byłoby dobrym pomysłem, żeby to wszystko obłożyć jakąś akcyzą, okleić ostrzeżeniami, jak alkohol i papierosy. I nie sprzedawać niepełnoletnim 😉

    1. Z jednej strony może i masz rację, ale z drugiej akurat uważam, że rygorystyczne zakazy na dłuższą metę nie są dobre. Bo problemem nie jest to, że coś jest dostępne, tylko to, co ludzie mają w głowach i ważniejsze byłoby skierowanie wysiłków własnie w tę stronę – żeby coś było dostępne, ale żeby niekoniecznie wszyscy nałogowo to stosowali.
      Uważam, że i alkohol, i fajki, i używki, no i także słodycze, wszystko jest dla ludzi, ważne jest tylko, żeby znaleźć UMIAR w tym wszystkim i stosować/jeść z głową.

    2. Za duży biznes za tym stoi, żeby się to kiedykolwiek mogło wydarzyć.
      Z czasów detoksu cukrowego zostało mi czytanie etykiet. Cukier jest nawet w kiełbasie (wiem, wiem, nie wszyscy jadają)! To samo olej palmowy, równie zdrowy jak cukier.

      Absolutnie jest to używka i wkurza mnie fakt, że cukier wrócił do szkół, gdzie nie mamy kontroli nad tym, co dzieciaki jedzą.
      U Zuzi w klasie wychowawczyni programuje dzieci, dając im batoniki w nagrodę. Także ten.

  4. Zawsze powtarzam, że nie ma co świrować i należy znać umiar- we wszystkim nie tylko w jedzeniu. Głodzenie i odmawianie sobie jest straszne. Pozdrawiam Cię serdecznie

  5. A ja mam tak – właśnie jestem na początku romansu z Włochem, i , jak on to ładnie określił „It’s relationship based on food”. Jemy dużo, i często taka uczta jest wstępem do dalszego ucztowania..

  6. Przeczytałam cały wpis. I jedno mnie zastanawia. Czemu według Ciebie świat dzieli się na grubych i na fitpsycholki? Gdzie większość, czyli ludzie z normalnym BMI, które ma naprawdę szerokie ramy? Mam rozmiar 40. Ani gruba ani chuda. W sam raz. W zasadzie uwielbiam swój rozmiar. Żeby go mieć i utrzymać nie jem tylko marchewek. Nie jem też tylko chipsów. Jem normalnie bez obrzerania się. Zwyczajnie. Czy ktoś jeszcze umie jeść zwyczajnie? Bez skrajności? Głodna nie chodzę. Przezarta też nie. Może czasami, ale potem zwyczajnie że się czuje. Czy tak trudno jesc po prostu tyle ile potrzebuje nasze ciało? Punktu jesz nauczycielkę za dawanie dziecku słodyczy, a sama jaki dajesz przykład otaczając się słodyczami? Ja nie mam roblemu z takimi nagrodami dla moich dzieci bo sama nie mam problemu ze słodyczami. Nie przerzucaj swoich problemów na dziecko. Nie zwalaj winy na nauczycielkę, lecz weź to na klate. Bo batonik Twojej córce nie zaszkodzi, raczej Twoje chorobowe przywiązanie do żarcia. Ja na świętach z rodziną oprócz jedzenia śpiewam, bawię się z dziećmi, gram w planszowki. Strasznie ważne miejsce ma żarcie w Twoim życiu. Szkoda że tego nie dostrzegasz.

    1. Skąd wniosek, że otaczam się słodyczami? Bardzo mnie to ciekawi, bo lubię wiedzieć dlaczego to, co piszę byś źle zrozumiane. Czy dobrze rozumiem, że to podyktowana nieznajomością moich wcześniejszych tekstów projekcja na skutek tego, co napisałam o słodyczach?

      Dziękuję serdecznie za diagnozę, jestem osobą bardzo świadomą siebie i cenię to sobie co najmniej tak bardzo, jak Ty cenisz sobie swój rozmiar 40. Albo nawet bardziej, bo jednak rozmiar to rzecz ulotna.

      To nie jest blog, na którym piszę o tych, którzy są „w normie”. Każda strona tego bloga informuje, że jest to blog plus size. Tym się zajmuję i zajmować będę. Jeśli potrzebujesz to chętnie polecę Ci kilka interesujących blogów pisanych przez super dziewczyny, ani grube, ani chude.

      1. Chętnie w takim razie zajrzę na takie blogi, o których wspominasz. Nie czytam wszystkich Twoich wpisów, zresztą nie jest to chyba obowiązkowe. Akurat ten artykuł mnie zaciekawi stąd reakcja. Myślę, że osoby spoza grona plus size też mogą czytać Twoje wpisy, chyba że to zamknięta enklawa. Ja po prostu nie mogę zrozumieć dlaczego w swoich wpisach zaznaczasz, że można być albo grubym albo chudym wpierdzielajacym marchewki kilogramami. A tymczasem można znaleźć równowagę i złoty środek. Mówisz, że masz problem ze słodyczami, zaznaczasz że to nałóg. Moglabym Ci sprzedać kilka patentów na zdrowe słodkie przekąski, ale obawiam się że znów potraktujesz to jako atak. Szkoda dać się więzic czekoladzie i bitej śmietanie.

        1. Dziękuję serdecznie. Nieproszonych porad w kwestii mojego nie odbieram jako atak, tylko jako bucynerię. Wszystkie, nie tylko te dotyczące mojej wagi czy diety, o której nie wiesz nic, ponad to, co napisałam w jednym tekście.
          Oczywiście, że przychodzą tu i chudzi, i średni, i grubi. Zostają ci, których interesują teksty oraz obowiązujące tu zasady, z których nadrzędną jest empatia. Empatia ma to do siebie, że zakłada nie traktowanie NIKOGO z góry. Zważ, że mogłabym Cię dłużej pouczać w kwestii Twojego kompletnie chybionego komentarza oraz czytania ze zrozumieniem. Nie robię tego jednak, bo nie czuję z Twojej strony chęci rozmowy. I nie piszę tego po to, żeby przypiąć sobie order, a po to, żeby Ci uświadomić, ze można inaczej.
          Przyszłaś, przeczytałaś, wydałaś osąd. Twoje prawo. Nie ciągnijmy tego, bo tak bardzo jak Ty nie chcesz poznać mnie, tak bardzo (o ile nie bardziej!) ja nie mam ochoty czytać jak poucza mnie o diecie ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia o tym jak jem. Oszczędźmy sobie nawzajem fustracji 🙂

          1. Słuchaj, sama w tym poście napisałaś sporo na temat swojej diety. Z palca nie wyssalam, że jesteś uzależniona od cukru. Sama to napisałaś. Czyżby empatia oznaczała bicie braw w związku z tym nałogiem? Bucyneria, powiadasz, wyjeżdżając na mnie tylko za to, że oceniam zupełnie subiektywnie Twój post. Czy subiektywna ocena to bucyneria? W którym miejscu uznała, że stawiam się wyżej? Czy waga to wystarczający powód by w ogóle stawiać się pod lub nad kimś? To tak, jakbym ja napisała że palę fajki, upadam mimo prób, a Ty do mnie, że weź babki rzuć to pieronstwo, przestań zwalac winę na to że ktoś pali obok Ciebie. Czy serio miałabym o co się obrażać? Ale masz rację, nie znajdziemy wspólnego języka bo Ty uznajesz tylko swój język. Szanuję za przyznanie się do słabości na forum internetow. Mi byłoby pewnie trudno, wolałabym wmawiać sobie ze moja waga to wina hormonów albo innych zespołów złego wchłaniania. Podczytywac będę wciąż. Mam nadzieję, że nie będziesz w każdym doszukiwać się potencjalnego wroga. Wierz lub nie, ale rękę bym Ci podała gdybyś spadała w przepaść, mimo że Cię nie znam i mimo że mam inny rozmiar. I fajnie by było gdyby świat tak działał zawsze. Pozdrawiam.

  7. Dobre.

  8. W sumie zasmucił mnie ten wpis, bo chcę mieć pozytywny stosunek nie tylko do swojego ciała, ale też do jedzenia. „Normalni” ludzie mogą zjeść słodycze od czasu do czasu, nie muszą codziennie jeść o wyznaczonej porze, bo im mindfulness każe. Chciałabym móc po prostu robić to samo, bez przekonania, że jako osoba plus size muszę opowiadać, że nienawidzę sklepów ze słodyczami i w ogóle zakazać ich.

  9. Moja historia to noworodek z niedowagą, córka palaczki nieoszczedzajacej się w ciąży…lekarka nakazała rodzinie „ rozciągnąć temu dziecku żołądek, bo ono musi jeść”. Niestety zalecenie zostało dane w obecności Babci. Babcia się przejęła, robiła pyszne papu w ilości jak dla chłopa od pługa a potem, pare lat później, patrząc na swoje dzieło, komentowała „Dziewucho, aleś ty gruba”. Dziewucha rosła wszerz, bo Babcia przejęła wychowanie żeby córeczka po rozwodzie „ mogła sobie NORMALNIE ułożyć życie”. Dziewucha teraz , 30ci parę lat pózniej, walczy z tuszą, i przekonaniem, że musi zasłużyć na uczucia, bo przecież skoro przeszkadza matce w normalnym życiu, to co dopiero innym, obcym.