Wpis i wciśnij enter.

A ja się nie chcę za siebie braść!

zbliżenie na twarz przedstawiającej patrzącego z góry Buddę statuy

Mało jest rzeczy, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji tak doskonale jak cudze dobre rady. Te nieproszone w szczególności, podnoszą mi ciśnienie lepiej niż moja ulubiona czarna kawa. Jest wśród nich taka jedna, ta najbardziej irytująca, udzielana każdemu, w każdych okolicznościach:

MOŻE SIĘ ZA SIEBIE PO PROSTU WZIĄŚĆ?!!?!!11*

Jesteś zbyt gruba? Weź się za siebie!
Jesteś zbyt szczupła? Weź się za siebie!
Masz mało błyszczące włosy? Weź się za siebie!
Ziemista cera, depresja, angina?
Weź się za siebie, Ty życiowa niezguło, bo przecież wszyscy w internecie patrzą na Ciebie i wiedzą, że wszystko, co Ci przypada w udziale to kwestia Twojego życiowego nieudacznictwa, lenistwa i pochodnych obu wcześniejszych. Prawdaż.

zmień się, zmień się, bądź najlepszą wersją siebie

Na początku lat 90 do Polski razem z kapitalizmem dotarł bieda-kołczing w stylu Amway i od tamtej pory nic już nie jest takie, jak było. Już nie wypada być tylko sobą – trzeba być od razu najlepszą wersją siebie.
Już nie wystarczy, że będę Ulą, z całą kartą zalet i wad. Muszę być najlepszą Ulą, jaką umiem sobie wyobrazić. Taką, która zawsze znajdzie czas. Na wszystko. Zawsze będzie entuzjastyczna, chętna do interakcji, przyjemna w obejściu i godna zaufania. Wszystko muszę mieć pozbierane i od kontrolą, a skoro już wybrałam się do internetów, to muszę mieć życie godne instagrama, bo w sumie nikogo nie interesuje, że relaksuję się w zaparowanej łazience, jednym okiem łypiąc na podśmiewającą się ze mnie hałdę prania, która osiągnęła wczoraj wzrost przeciętnego sześciolatka.
Z resztą – żeby wiedzieć jak bardzo nie ogarniam życia, nie trzeba wcale zaglądać do mojej łazienki, bo przecież wystarczy rzucić okiem. Gdybym się za siebie wzięła, na pewno nie byłabym gruba, co nie? A tak to o – mamy leniwą, tłustą, zaniedbaną bułę.
Takie są społeczne oczekiwania, powiecie mi, że trzeba się zagrabić, ogarnąć, posortować i uładzić. Są, ja też ich doświadczam. Czasami nawet boleśnie, bo przecież przyjęło się uważać, że skoro idę do internetu rozmawiać z ludźmi, i skoro jako przykładu używam samej siebie i swoich zdjęć, to przecież powinnam być gotowa na tak zwaną krytykę. Nawet jeśli nie jest to wcale krytyka, a czyjaś paląca potrzebował wyładowania na mnie frustracji za własną nieumiejętność poradzenia sobie z presją otoczenia. Uczestniczę przecież nie tylko w tych rozmowach o ciałopoztywności, które toczą się tutaj, tu jest enklawa kultury i wzorcowa dyskusja na argumenty (nawet nie wiecie, jaki to jest dla mnie powód do dumy!).

co to w zasadzie znaczy?

Zwrot “wziąć się za siebie” implikuje, że nie poświęcamy sobie należytej uwagi. I to – o losie podły – często jest prawdą. Tylko co to w zasadzie znaczy? Czy jeśli nad liczenie kalorii wybierasz spotkanie z przyjaciółkami przy najlepszej bezie w mieście, to czy to jest w jakikolwiek sposób mniej ważne, niż wygospodarowanie czasu na godzinne zajęcia spinningu? Czy lepiej iść na “brazylijskie pośladki”, czy pogadać z dzieckiem o tym, że w życiu są ważniejsze rzeczy, niż bycie najładniejszą dziewczynką w klasie? Kto ma prawo to ocenić? Kto może obiektywnie nadać wagę wszystkim tym zajęciom?
No więc tym, co sprawia, że przewracają mi się flaki, jest to właśnie domniemanie, że coś jest z nami nie tak. Domniemanie, że bycie grubym płynie li i jedynie z tego, że ktoś jest leniwą bułą jest bardzo szkodliwe – nie tylko społecznie. Skutków takiego myślenia doświadczyłyście pewnie niejednokrotnie nawet w gabinetach lekarskich, gdy zamiast faktycznej porady i skierowań na specjalistyczne badania, usłyszałyście “Pani się za siebie weźmie, więcej ruchu, mniej jedzenia i wszystko przejdzie”. Tylko, że nie.
“Weź się za siebie” czyli co konkretnie? I dlaczego nigdy, ale to nigdy nie spotkałam się z tym, żeby ktoś powiedział, że od dzisiaj bierze się za siebie, bo w tym miesiącu nie przeczytał choćby dziesięciu stron książki? Hę?

Kiedy mówimy „muszę się za siebie wziąć”?

O co tak naprawdę chodzi, gdy mówimy “pora się za siebie wziąć”? O czym myślisz w takiej chwili? Czy to branie się za siebie płynie z miłości i troski o siebie, czy z głęboko zakorzenionego w nas wiecznego niezadowolenia z siebie?
Tak się zastanawiam, czy w całym tym braniu się za siebie nie chodzi tylko puste poczucie spełnionego obowiązku? Z jednej strony: powiedziałam jej przecież, żeby się za siebie wzięła. I to w zasadzie zwalnia mnie z dalszego obowiązku pomocy, do którego mogłabym się poczuwać. A z drugiej strony: przecież powiedziałam, że się za siebie wezmę! Co nie? Mętne ogólniki są zawsze bezpieczniejsze, niż precyzyjne wytyczne. Szkoda trochę, że ta łatwizna jest taka kusząca, bo przy bliższych oględzinach mogłoby się może okazać, że to wcale nie o te wałki tłuszczu chodzi, nie o rozmiar na metce czy tam obwód w pasie, a o coś znacznie ważniejszego. Przykro, że z równą uwagą co rozstępom, nie przyglądamy się swoim duszom i umysłom. Z łatwością ignorujemy wysyłane przez nie sygnały tak długo, aż trudno je znieść. No same powiedzcie, która myśląc “wezmę się za siebie”, pomyślała o tym, żeby się np. wyplątać z toksycznych relacji?
Kiedy będziesz dostatecznie “wzięta za siebie”? Ja wiem, że my jako gatunek – w sensie ludzie w ogóle – lubimy mieć poczucie kontroli i nie lubimy, kiedy rzeczy dzieją się bez naszego udziału. Tylko gdzie jest granica? Wtedy, kiedy przestaniesz podjadać między posiłkami, czy tedy, kiedy wytrzymasz dwa miesiące na poście Dąbrowskiej? Kiedy?
Z doświadczenia wiem, i Wy też przecież macie tego świadomość, że nie da się spełnić wszystkich oczekiwań na raz. Obawiam się, że odpowiedź na rozpoczynające ten akapit pytanie brzmi “Nigdy”. Tylko czy ja się chcę tym przejmować?

A może… Taka wywrotowa myśl, może zamiast brać się za siebie możemy być po prostu dobre dla siebie?

I w porządku.

Bo naprawdę można trochę wyluzować. Nie trzeba mieć pod kontrolą wszystkiego, “brać się za siebie” co poniedziałek i dążyć ku błyszczącym gwiazdom fit-guru i perfekcyjnych matek. Serio. Trochę luzu każdemu wyjdzie na dobre! Nie bójcie się czasami na hasło “Ty się wreszcie weź za siebie”, odpowiedzieć “a weź Ty sobie te swoje dobre rady wsadź”.

Chociaż przyznaję, taka postawa nie gwarantuje najpiękniejszego instagrama na świecie.

________________________________

Photo by Ciprian Boiciuc on Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

21 comments

  1. Ula, Ty nawet nie potrafisz tytułu poprawnie napisać! Wstyd! Jak się nie potrafisz przyłożyć nawet do tak trywialnej rzeczy, to nie dziwię się, ze nie umiesz się za siebie wziąść… Pozdrawiam

  2. Lubię Cię czytac, bo lubię czytac ludzi, którzy maja coś mądrego do napisania 🙂 muszę jednak wyrazić swoją opinie i tak jak uważam, ze walczysz w słusznej sprawie i rzeczywiście powinno być więcej miejsca dla ludzi, którzy z jakiś niezrozumiałych powodów znaleźli się na marginesie społeczeństwa (w przenośni;) to popadanie w druga skrajność („mam to w dupie i nie idę z nurtem”) jest moim zdaniem szkodliwe. Może jestem czepialska, ale wyznaje zasadę równowagi i uważam, ze we wszystkim powinno zachowywac się umiar, dbanie o umysł jest równie ważne jak dbanie o swoje zdrowie. Umysl najlepiej pracuje w dobrze odżywionym i zaspokojonym ciele:)

    1. Dotknęłaś kwestii, która mnie niezmiernie dziwi, ilekroć się pojawia: skąd bierze się utożsamianie akceptacji ciała z zaniedbaniem go? Stąd, że ruszam się dla przyjemności, a nie po to, żeby schudnąć? To nie jest atak, tylko autentyczne pytanie. Nie po raz pierwszy się z tym spotykam, mimo że nie kryję się z byciem osobą aktywną i zachęcaniem do znalezienia swojej formy ruchu.

      Buntuję się i walczę z kulturą diety, ale to nie znaczy, że jestem zaniedbana. Tak samo, jak brak makijażu czy podkreślających sylwetkę ubrań nie oznacza, że kobieta jest brzydka.

      1. Zapewne chodzi o dwie szkoły samoakceptacji:
        – akceptuję siebie w pełni, jestem piękna i doskonała taka, jaka jestem; więc nie muszę niczego robić, bo już jestem doskonała. Wszelkie te zagraniczne „you’re perfect jhust the way you are”. No skoro perfekt, to nie ruszać i niech trwa.
        – kocham swoje ciało, więc o nie dbam, zjem owsiankę z nasionkami i owocami [słodkie a zdrowe]; pochodzę na różne zajęcia i poprzeglądam yt, żeby sprawdzić, jak lubię się ruszać [bo jakoś się ruszać dla zdrowia trzeba, aczkolwiek nie ma obowiązku bycia zdrowym]; a czasami pogłaszczę się balsamem, żeby nawilżyć skórę.

        Ta pierwsza szkoła rzeczywiście jest blisko zaniedbania. Tę drugą sama promuję.

    2. Forma „wziąść” jest nieprawidłowa, czasownik ten bowiem powinien brzmieć „wziąć” – co łatwo sprawdzić w słowniku języka polskiego. Autorka słusznie zatem odpowiada osobom, które zalecają jej, że ma się za siebie „wziąść”, iż nie ma wcale ochoty „braść” się za siebie. Taki ironiczny komentarz sugerujący, aby osoby dające lekką ręką dobre rady najpierw wzięły się za szlifowanie swojej znajomości języka ojczystego😀 Potwierdza to fakt, że w treści wpisu Autorka stosuje formy jak najbardziej poprawne – czyli język polski nie jest jej obcy😀

  3. A ja bym chciała trochę przewrotnie pójść o krok dalej. Bo piszesz, że masz dość rad wzięcia sie za siebie fizycznie – i ja się w pełni zgadzam. Ale ja mam też dosc rad wziecia sie za siebie intelektualnie. Bo jak nie czytam ksiazek, to nie pójdą ze mną do łóżka. Bo trzeba się całe życie rozwijać. A może mi dobrze tak jak jest, jestem szczęśliwa i bogactwo świata poznaję oglądając seriale? I po prostu nie lubię się uczyć, nie widze sensu uczenia się np francuskiego, ale ktoś mi mówi, że powinnam coś ze sobą zrobić, bo nic tylko w kółko robię w życiu to samo i nic nowego. Chciałabym, żeby była taka sama tolerancja dla osób które chca żyć po swojemu, a nie tylko takich, które nie chcą się odchudzać, ale oczywiście wszystkie czytają książki i są intelektualistkami.

    1. Ależ absolutnie taka sama tolerancja powinna dotyczyć każdej dziedziny życia i na serio, nic mi do tego, jaką ktoś dla siebie wybiera drogę. Serio.
      Wolność osobista powinna być dla każdego. O ile jej przejawy nie krzywdzą innych, oczywiście 😊

      1. Mi się wydawało, że piszesz, że jak ktoś nie przeczytał w miesiącu tych dziesięciu stron książki to on się powinien wziąć za siebie. Może źle zrozumiałam, przepraszam. Ale jest presja w tym kierunku. Na grupach bodypositiv dziewczyny piszą, że nikt ich nie docenia, bo są grube, a one mają tyle do zaoferowana, bo są takie światowe i oczytane i tak dalej. A ja nie jestem ani szczupła, ani światowa, i mi przykro jak takie rzeczy czytam.

        1. Absolutnie nie o to mi chodziło 😊 jestem daleka od okazywania wyższości na tym tle komukolwiek, bo pokornie przyjmuję do wiadomości, że zawsze znajdzie się ktoś ‘światowszy’ i ‘oczytańszy’.

          Dziwi mnie, że piszesz o presji w tym względzie, bo odnoszę wrażenie, że jest odwrotnie. Że głupio jest się przyznawać do bycia intelektualistą

          1. Mi się głupio przyznawać, że nie lubię czytać, bo wszyscy zawsze mówią, że to takie ważne, żeby być oczytanym. Ja wierze, że ważne, tak jak pewnie lepiej by było jakbym schudła, ale chcę być sobą i nie chcę czegoś robić, bo ktoś mówi, że koniecznie powinnam. Ale ja tą presję czuję. Nikt inny tak nie ma?

          2. Każdy ma coś swojego 😉

  4. Pięknie napisane! Ja nie boję się napisać, że KOCHAM JEŚĆ i na samą myśl o dietach przewracają mi się flaki (metaforycznie). Ale to nie znaczy że siedzę tylko i jem, dużo się ruszam, dużo spaceruje z dwójką moich dzieci (młodsze ma 6 tygodni) i wiecie co denerwuje mnie najbardziej? Ze kiedy chodziłam jak ciężarówka w 9tym miesiącu ciąży każdy mi mówił że wyglądam pięknie i kwitnące, a tydzień po porodzie każdy komentuje jaka to teraz nie jestem gruba i że trzeba się już wziąć za siebie „bo Basia to jak w ciąży chodziła to zgubiła kilogramy w miesiąc”. Ciągle słyszę te dobre rady że wystarczy przecież mniej jeść, ale na Boga ja nie zamierzam się głodzić i chudnąć na siłę. Jestem piękna taka jaka jestem! 🙂

  5. ile razy tak sobie mówię… haha

  6. Piękny artykuł!!

  7. Szczerze- dla zdrowia jeśli już pominąć kwestie wyglądowe można przecież iść zamiast na bezę z koleżankami to również z nimi- Do szkoły tańca, na zumbę, spinning czy choćby sałatkę lub cokolwiek innego 🙂 Tak do niedawna myślałam że się nie da. A zdecydowanie da się schudnąć i nie czuć braków w życiu. Ja akurat przeszłam na dietę z powodu PCOS i zaburzeń tarczycy które powodowały koszmarne tycie (bo ćwiczyć ćwiczylam- regularnie tańczę z babeczkami w różnych grupach) a teraz nie dość że wyglądam sto razy lepiej to czuje się lepiej- więcej energii, zdrowsza skóra i włosy A wyników krwi chyba nigdy nie miałam tak dobrych. 🙂 także proszę się wziąć za siebie czasem oznacza właśnie zdrowszy styl życia w którym jemy po to by zyc a nie żyjemy by jeść i ruszamy się dla zdrowia i endorfin 🙂

    1. Marto, gratuluję, ale zechciej pamiętaj, że your mileage may vary i naprawdę ludzie są różni.

      To, że Ty przeszłaś na dietę nie oznacza, że każdy musi czy chce to zrobić. I dla zdrowia psychicznego tych osób warto się wykazywać empatią i nie wywierać presji.
      Umówmy się, że dorosły człowiek może dla siebie wybrać dowolny styl życia 😊

    2. Mam wrażenie, że nie rozumiesz, Marto, podstawowej sprawy, w poście Uli nie ma mowy o tym, że nie da się schudnąć. Jest mowa o tym, żeby chudli ci, co chcą. A nie wszyscy muszą tego chcieć. Ja na przykład chcę, świadomie od ponad 30 lat, jako konsekwencja tego, że jako niedożywionego niemowlaczka mnie rodzinka utuczyła na polecenie lekarza… taaa pediatria w latach 70tych, slow claps. Teraz doszła tarczyca do tematu też. Ale przyjmuje do wiadomości, wręcz zazdraszczam akceptacji i miłości do siebie, i tego, że Ula nie musi chudnąć, by się dobrze czuć ze sobą, i wielu innych rownież. Próbuję się tego uczyć tutaj, co wcale nie znaczy, że moim celem RÓWNOCZEŚNIE nie może być zejście parę rozmiarów niżej.
      Mam wrażenie ze niektóre z odpowiedzi brzmią, jakby piszące osoby pomijały te stronę wypowiedzi Uli, zakładając, że gdzieś w środku ona na pewno MUSI chcieć schudnąć, tylko z niewiadomych powodów się nie przyznaje. No żesz matko z córką! Nie mierzcie innych swoją miarką, to że wy(my) czegoś chcemy, nie czyni z tego ogólnoludzkiego przedmiotu pożądania. I zostawcie to gadanie o zdrowiu! Dlaczego zakładacie ze każda osoba z nadwagą jest od razu na równi pochyłej do grobu, nie dba o zdrowie i je junk food i słodycze całymi dniami? Ja nie jem, a jeśli już to w formie przyjemności raz na czas, a kiedy widzę czym na codzień żywią sie szczupłe koleżanki w pracy, przychodzi mi do głowy myśl o niesprawiedliwości świata/różnorodności reakcji organizmów i spalania, ot co.
      I jasne, idźmy na wartościowa rozmowę z przyjaciółką/przyjaciółkami na zumbę… pogadamyyyy, że hej. A dla mnie dzielenie sie myślami i uczuciami jest nadrzędna wartością, i nie zamierzam zamieniać tego na wspólne skakanie, przeciwko któremu notabene nic nie mam, tańczę dużo, nie widzę tylko powodu, dlaczego muszę na to zamienić wszystkie inne przyjemności mojego życia.

      1. A jak ktoś nie lubi zumby? W ogóle nie przepada za sportem? Dlaczego ludziom w ogóle nie przychodzi to do głowy? Post Uli bardzo słusznie zwraca na to uwagę, że nie mamy problemu z tym, żeby zaakceptować, że jeden lubi oglądać piłkę nożną, a drugi seriale, ale że ktoś nie lubi sportu i nie chce tylko myśleć o tym, jak schudnąć to się nam nie mieści w głowie.

        1. @Hanna Doskonale Cię rozumiem. Ja też nie lubię sportu, szczególnie takiego polegającego na skakaniu przy muzyce. I kiedy mówię o tym, że staram się wybierać najmniej obrzydliwe aktywności, napotykam ścianę zbiorowego WTF.

  8. ciekawy artykul :)))

  9. A kiedy po prostu pożyć?