Wpis i wciśnij enter.

Joga plus size? Czyli o asanach dla dużych dziewczyn

Kojarzysz to uczucie, kiedy wstajesz rano z łóżka i nic Cię nie boli? Odsuwasz zasłonkę, karmisz ptaszki okruszkami, dopijasz kawę i tanecznym krokiem wychodzisz z domu zmierzyć się ze światem?
Tak, ja też nie.

Jak mawia klasyk życie to nie bajka. Nie ma Pana Lumiere, który wydałby na naszą cześć kolację, kiedy na czworakach wracamy z pracy do domu. Nasze ubrania zamiast zaczarowanych myszek szyją wyzyskiwani nieletni, a książę twierdzi, że nie rozumie o co nam chodzi z całym tym #metoo.*

My ludzie, wymyśliwszy większość rzeczy, które podobno były do wymyślenia, wzięliśmy się za głupoty. Dłubanie w nosie zamieniliśmy na obsesyjny fitness, superdiety i troskę o cudze zdrowie. Marny to progress, bo jednak w nosie dłubie się zazwyczaj własnym, a w cudzy tyłek dalece łatwiej pozaglądać, niż we własny, ale do brzegu:

* postać fikcyjna, zbieżność z rzeczywistością niezamierzona, choć wcale nie taka przypadkowa. Niestety.

Na codzienne upierdliwości znakomicie robi aktywność fizyczna. Z tą aktywnością, to jest trochę tak, że człowiek gruby – wcale nie bezpodstawnie – wobec wizji wyjścia na siłkę czy inne zajęcia sportowe odczuwa bardzo wiele emocji na stali od strachu do wstydu. To normalne, wszyscy tak mamy. Wychowaliśmy się w tej samej kulturze i na pewno wszyscy mamy znajomych krosfiterów i fitmaniaków, którzy z założenia czują się lepsi od wszystkich nieszarpiących żelaza. (Są – zaznaczam, bo to ważne, ktosfiterzy i fitmaniacy, których to nie dotyczy.) Spokojnie. Dla wszystkich jest miejsce pod słońcem.

Na zdjęciu Ula podczas zajęć jogi, w pozycji psa z głową w dół

Joga – moje nemezis

Kiedy szukałam aktywności dla siebie, joga była od samego początku gdzieś w pierwszej piątce pomysłów. I to bynajmniej nie dlatego, że można sobie na niej poleżeć (ha. ha. ha.), ale wizja dużych zakresów w stawach i ogólnej elastyczności uwodzi mnie szalenie.
Trudność z jogą to wypadkowa dwóch osi: X – naszego zachodniego pędu do bycia fit oraz Y – kompetencji i podejścia nauczyciela. Powiedzieć, że się chodzi na jogę, to jak nic nie powiedzieć. Każda praktyka jest inna, co nawet osoba z tak małym doświadczeniem jak ja jest w stanie potwierdzić, nie narażając się na śmieszność.

Mój związek z jogą naznaczony jest zmianami nauczycieli i nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Michał wyniósł się z miejsca, gdzie warunki były dla mnie absolutnie komfortowe, a od kolejnej nauczycielki ja zwiałam w podskokach, goniona rechotem z jogi śmiechu. Dopiero kiedy joga spadła mi pod nogi, bo zaczęła się odbywać w szkole tańca, do której uczęszczam i to w dodatku zaraz po moich zajęciach, więc poniekąd nie miałam wyboru. Same rozumiecie.

Jakby mało mi było tego, że muszę prowadzić mediacje pomiędzy moim lenistwem, wewnętrznym dobrym grubaskiem, a zdrowym rozsądkiem. Pomyślałam sobie, że może warto o tym napisać, bo może – a przecież tak się czasem zdarza! – moje zmagania pomogą komuś postawić pierwsze kroki w kierunku jogowej satysfakcji?

plecy Uli rozciągającej lewe ramię

1. W jodze chodzi o praktykę, nie perfekcję

Palec pod budkę, kto się nie martwił, że wyjdzie na zajęciach z jogi na melepetę! To prawda, joga potrafi być widowiskowa. Lubimy się naoglądać filmów i zdjęć ludzkich ciał powyginanych w jogowe precle, to i nic dziwnego, że na zajęciach wyglądający raczej jak krzesełko pies z głową w dół frustruje. Ok, mnie frustruje, jeśli Ciebie nie to winszuję i chylę czoła.
Dla mnie joga to praktyka cierpliwości. Ogromnie cenię sobie, że to miejsce wolne od języka wojny. Nie szarpiesz, nie walczysz, nie DAJESZ KURRRRWA! Negocjujesz. Ja wiem, wiem, że są ludzie potrzebujący tak zwanego kopa w dupę, ja już nie. Wiem co jest dla mnie dobre, a żeby się przycisnąć nie potrzebuję adrenaliny.

W moim grubym ciele trudno mi zaakceptować fakt, że nie zachowuje się “idealnie”. (Cokolwiek to oznacza.). Mięśnie są krótkie, stawy nieelastyczne, a fałdy i wałki zawsze tam, gdzie nie trzeba. Ale wiecie co? Kiedyś tam dotrę.

Póki co droga przede mną daleka, ale! jestem w trasie i to jest najważniejsze. Może kiedyś stanę na rękach, może zrobię inną spektakularną asanę – teraz skupię się na dotykaniu ziemi w skłonie. Praktyka pozwala mi poczuć wdzięczność, że chociaż moje ciało nie spełnia tak zwanych wymogów, to jednak pozwala na doświadczać świata. Dzięki praktyce jogi czuję się w nim jak w domu i przypominam sobie równieżo tych jego częściach, którym na co dzień nie poświęcam zbyt wiele uwagi.

2. Wszyscy jesteśmy początkujący

Często padam ofiarą myślenia, że żeby zacząć, trzeba coś umieć. Tak było z blogiem, z ukulele, z tańcem i z jogą. Nie wiem skąd to się bierze. Gdybyśmy jako ludzkość podchodzili tak do wszystkiego, do tej pory byśmy się przemieszczali na czterech nogach, bo umówmy się, nie jest to szczególnie rozwojowa podstawa.

Zawsze jesteśmy gdzieś początkującymi, alfy i omegi nie istnieją nigdzie, poza wyobrażeniami. Umiejętność przyjęcia z pokorą, że czegoś się jeszcze nie zna, nie wie, nie umie to osobna gałąź sztuki. Nie bójcie się, to żaden wstyd stawiać pierwsze kroki. Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek zaczynał robić coś dla siebie.

Jeśli czujecie, że musicie więcej i lepiej tylko dlatego, żeby usprawiedliwić swoją obecność na sali podczas praktyki, to przytulam Was mocno. To bardzo naturalny i zupełnie niepotrzebny odruch. Joga jest formą ruchu akceptującą wszystkie kształty. Jej rozliczne warianty przewidują również mało sprawne ciała, istnieje takie zjawisko jak joga z krzesłem. Najważniejsze to dać sobie prawo do próby i pomyłki. Obcej osobie nie powiedziałybyśmy przecież, że się do tego kompletnie nie nadaje, prawda?

3. Daj sobie czas

Nie napiszę tu, że joga w dużym ciele jest trudniejsza, niż w szczupłym, bo nie mam pojęcia jak to jest być “w normie”. Jedno jest pewne – nasze syrenie ciało wymaga dodatkowej pracy organizacyjnej. Pisząc “praca organizacyjna” mam na myśli wzięcie spraw w swoje ręce i aranżowanie fałd i wałeczków tak, żeby jak najmniej przeszkadzały. Nie bójcie się schować brzucha między nogi w skłonach, czy wyciągnąć pupy spod kości kulszowych w siadzie. To naprawdę nie jest tak, że wszyscy patrzą i ukradkiem podśmiewają się z grubaski na macie. Praktyka powinna być komfortowa i dotyczy to także poszukiwania komfortu we własnym ciele.

Piszę o tym wprost, bo to są rzeczy, o których być może nie powie Wam szczupły nauczyciel. Odkrycie, że mogę sobie pomóc, zabrać brzuch z drogi i się nim nie dusić, było dla mnie dosyć rewolucyjne.
Używaj pomocy, jeśli potrzebujesz. To nie jest tak, że klocki i poduszki są dla cieniasów. Prawidłowe wykonanie asany z pomocą jest zawsze lepsze, niż rozpaczliwa walka z krótkimi mięśniami i frustrująca szamotanina, żeby dotknąć podłogi.

To banał, że dojście do wprawy wymaga czasu i powtórzeń, ale to jest coś, co w pełnej rozciągłości dotarło do mnie dopiero po 30tce. Zainwestowany czas i wysiłek prawie zawsze zwraca się efektem w ciele. A na ten zawsze warto poczekać, nawet jeśli się nie spieszy.

4. Sprzęt jest ważny…

Bo jest. Oczywiście od sprzętu jest ważniejsze ćwiczenie w ogóle, ale komfortowe ubranie i – co jeszcze ważniejsze – mata do jogi dramatycznie zmieniają przebieg praktyki. Zdaję sobie sprawę z tego, że na pierwszy rzut oka ‘zawodowe’ maty do jogi zabijają ceną, ale żeby odczuć różnicę, wystarczy na takiej macie uklęknąć. Myślę, że poddałabym się w końcu, gdybym nie zmieniła maty. Należę do tych osób, które pocą się na samą myśl o ruchu. W trakcie praktyki i stopu, i dłonie pokryte mam warstewką potu, na której ślizgam się jak zawodowa łyżwiarka.

*Ślizgałam, bo odkąd praktykuję na swoim mercedesie poprawa jest naprawdę odczuwalna. Nie tylko pod względem śliskości ogromne znaczenie ma materiał, z którego wykonana jest mata.

Drugim bardzo ważnym parametrem jest jej twardość. Supermarketowe maty zgniatają się pode mną do grubości kartki papieru. Umówmy się, to jest duże obciążenie, potęgowane ruchem w dodatku. Dopóki własnoręcznie nie dotknęłam maty jak moja, nie byłam w stanie zrozumieć jak kawałek gumy miałby mi zapewnić komfort podtrzymania.
To nie jest reklama, nie zachęcam Was, żeby wydawać krocie na maty, zanim sprawdzicie czy to w ogóle dla Was, ta cała joga. To jest być może rozwiązanie dla zniechęcających, drobnych upierdliwostek.

Jednym tylko zdaniem nawiążę jeszcze do ubrania, bo o nim pisałam już kiedyś. Nie ma NIC bardziej irytującego podczas ćwiczeń, jak zjeżdżające z brzucha legginsy. Nic.

A tu poczytacie o wartych uwagi biustonoszach sportowych.

5. … ale nauczyciel ważniejszy

Jak już pisałam, joga jodze nierówna. Każdy nauczyciel ma swoje własne spojrzenie, ulubiony styl pracy. Jeden używa pomocy w postaci klocków i pasków, inny nie. Jeden będzie bardziej skupiony na Was, innemu będzie zależało na tym, żeby się przede wszystkim popisać swoimi umiejętnościami.
Są szkoły, w których grupy są malutkie i bardzo zżyte, są takie, gdzie na zajęcia przychodzi 30 osób. Jak wszędzie, trzeba znaleźć swojego człowieka i miejsce. Ale wiecie co? Żeby do tego doszło, trzeba w ogóle próbować. Nie bać się, łapać każdą okazję.

Jak to ładnie powiedziała ostatnio moja nauczycielka – najlepszym i najważniejszym nauczycielem jest nasze ciało. Pamiętajcie, że to ono ma ostatnie słowo w kwestii każdej asany.
Pamiętajcie, że rozwój w jodze odbywa się na drodze negocjacji, nie wojny.
Joga to dla mnie praktyka z miłości. Nie widzę tu miejsca na ‘ciśnięcie’, na matematyczne mierzenie wyników i sprawdzanie, czy już dosyć schudłam.

Joga to, poza wszystkim, najbardziej skrzywdzona przez zachodnią fithisterię forma ruchu. Odarta z medytacyjnych aspektów, z pracy z oddechem i opanowaniem głowy, podawana jako sposób na bezbolesne odchudzanie. Zwesternizowana i przerobiona na papkę – remedium na starzenie. Mimo wszystko warto jej dać szansę, zwłaszcza jeśli siłowniane pokrzykiwania budzą w Was wewnętrzny sprzeciw. Joga plus size może się okazać strzałem w dziesiątkę.

Dzięki osobowościom jak Jessamyn Stanley czy Dana Falsetti trochę łatwiej uwierzyć, że dla grubych ciał też jest miejsce na macie. Poogladajcie je sobie, jeśli nie wierzycie, ale błagam, BŁAGAM!, nie zapominajcie, że one kiedyś też zaczynały. A z joga plus size zacząć możecie choćby teraz, o tak:

_________________

użyte we wpisie zdjęcia powstały podczas mojego wyjazdu na Date in Bavaria z marką Anita since 1886

#anitactive #rosafaia #moveyourbodynotyourboobs

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

12 comments

  1. Do jogi zawsze zniechęcało mnie to, że jest oparta na hinduistycznej duchowości, zakłada istnienie czakr, a nie tylko mięśni czy ścięgien. No i oczywiście, jak pomyślę o uprawianiu jakichkolwiek ćwiczeń w grupie, przebiega mnie zimny dreszcz 😉

    Ale cieszę się, że Uli udało się znaleźć zajęcia, z których może korzystać bez przykrości. I mam nadzieję, że coś takiego uda się każdej z nas.

  2. Hej :)!
    Gdzie w Łodzi są zajecia z Yogi dla puszystych :)?

    1. Nie ma zdjęć dedykowanych (nadal podtrzymuję, że podobne zajęcia są bez sensu 😉), ale w środy o 19:50 praktykujemy w Szkole Tańca Salome na Żeromskiego 😊

  3. Aaaa zajebisty wpis! Jeśli mogę doradzić do pkt. 4 (bo bardzo znam ten temat, mam 120+kg i kilka lat staram się jakąś jogę): nie wiem czy testowałaś, na matę można położyć ręcznik z mikrofibry (ja kupiłem manduki na całą matę, ale na pewno inny też zadziała). Przez chwilę, na suchych rękach się ślizgasz, ale jak tylko zwilgotnieją, to przyczepność jest świetna, żadna mata (a testowałem bardzo dobre) tak nie trzyma mokrych rąk. No i ponieważ mocno się pocę, to na ręczniku też przyjemniej, bo po godzinie nie jest jedną wielką kałużą…

    1. Dziękuję! Ręcznika nie testowałam, bo w sumie moja Manduka daje radę solo, aczkolwiek zdarzają się pojedyncze sytuacje, że jak sobie nakapię na matę to się ślizgam, więc do ręcznika na pewno zrobię przymiarkę 😊

  4. Ulu, dziękuję. Cieszę się, że się odważyłaś i sprawia Ci to radość, mało tego, Twój przykład daje mi nadzieję, że to możliwe, że warto i że ja też w końcu podejmę podobną decyzję. Ściskam Cię mocno!

  5. Jesli mogę spytac, bo jakoś nie potrafię wyszukać w tekście – a jakiej maty używasz, bo ja mam ten sam problem z matami w sali – nie jestem w stanie ustac w psie, bo mi ręce odjeżdżają, a teraz może sobie na Gwiazdkę moge zażyczyć mercedesa;)

    1. Celowo nie pisałam jaką mam 😉
      Ale w sumie to dobrymi rzeczami się trzeba dzielić, używam Manduki Eko Light. Jest cudowna, ale ma jeden mankament – daje kauczukiem 😁

      1. Dziękuję! warto się dzielić takimi odkryciami, bo akurat matę do jogi trudno przetestować w sklepie na sucho;)

        1. Tak. Pewnie bym się nie odważyła na nią, gdyby nie to, że miałam okazję wypróbować

  6. Profile dziewczyn od „grubej jogi” to były jedne z pierwszych plussajzek, jakie obserwowałam! 🙂 Moim zdaniem joga może być świetną drogą do ciałopozytywności i wyleczenia się z perfekcjonizmu. Jak już się nauczysz nie skupiać na tak zwanych wynikach i tym, jak wyglądasz, to duża robota jest zrobiona.
    W kwestiach praktycznych – tak, dobra antypoślizgowa mata się przydaje bardzo (nie wierzyłam, że to możliwe, póki nie nabyłam sobie takiego właśnie „mercedesa”). I niezjeżdżające z brzucha spodnie, Ja używam nie legginsów, tylko spodni do jogi o bardzo szerokim pasie. Który i tak czasem zjeżdża, ale rzadziej 🙂

    1. Mam takie legginsy, które można zaciągnąć pod pachy. Noszę je na Obelixa i nawet dają radę 😁