Przejdź do treści

Na marginesie eko rewolucji

Nie ma mody plus size, są ubrania

To zdanie powiedziałam niezbyt dawno na głos w rozmowie z Mają Handke. Powiedziałam to głośno i uderzyło mnie, jak bardzo jest to prawda. Przez to, że jesteśmy niewidzialne dla przemysłu modowego, bardzo trudno jest się nam, grubym osobom, uczyć się mody rozumianej jako zabawa trendami i interpretacja ich na własny użytek. Przy tak ograniczonej dostępności opcji, wykorzystywanie trendów, oswajanie mody i tworzenie swojego stylu wciąż pozostaje wyzwaniem wymagającym czarnego pasa w naszej narodowej cesze, z którą mam od lat love – hate relationship, czyli kombinatorstwie. Trochę pomaga nam w tym instagram, ale umówmy się – nie każdy posługuje się angielskim na tyle swobodnie, żeby w pełni wykorzystywać potencjał tego medium dla edukacji (nie tylko modowej). 

Ta nieprzenikalna bariera między klientkami plus size a modą rozumianą w kontekście trendów ma niestety swoje przedłużenie w niedostępności opcji eko, fair trade czy z recyklingu. 

Eko dla wybranych

Pewnego marcowego dnia  internet zalał mnie doniesieniami o tym, że oto polska marka pończosznicza, Gabriella, stworzyła pierwsze na świecie rajstopy z w pełni recyklingowanego włókna. Serce mi podskoczyło z radości, bo od dłuższego czasu zmieniam swoje nawyki zakupowe żeby być trochę mniej szkodliwą dla planety. Tak, mam oczywiście świadomość, że ja jedna nie zawrócę świata znad przepaści katastrofy klimatycznej i że te one decyzje to nie są najważniejsze decyzje jakie w tym temacie może podjąć ludzkość, ale to moja osobista decyzja. Jest to dla mnie ważne i już. 

Te z Was, które noszą rajstopy w rozmiarze większym niż 5, wiedzą pewnie co zaraz napiszę. W te pędy wklepałam w wyszukiwarkę adres sklepu marki i bardzo szybko wyklikałam sobie informację, że w skład linii NOW wchodzą trzy modele rajstop i żaden z nich nie jest dostępny w rozmiarze powyżej 5. 

To by mnie może nawet nie ruszyło, gdyby nie fakt, że o ile dostępność ubrań w dużych rozmiarach się stopniowo poprawia, a internet umożliwia nam kupowanie rajstop w Szkocji, o tyle my, grube klientki, ciągle pozostajemy pod plus sajzową peleryną niewidką niedostrzegalne dla producentów oferujących odzież produkowaną odpowiedzialnie, z dobrej jakości materiałów. Mówiąc prostymi słowami: żal mi dupę ściska, kiedy czytam elaboraty o tym, że tylko naturalne materiały, wełna, kaszmir, jedwab, żaden tam poliester szkodliwy dla środowiska i ludzi, precz z tym gunwem, zwłaszcza, że ŻADEN producent nie oferuje ubrań z takich materiałów w rozmiarze 50+. I nie mam na myśli polskiej 50tki, która odpowiada normalnej 46tce.
Serio, z dziką przyjemnością odłożyłabym sobie na przykład na sweter od Moniki Kamińskiej, tyle tylko, że rozmiar xl, czyli największy dostępny, mogłabym nosić na jednej nodze. Ekonomicznie, jak widzisz, niespecjalnie się to opłaca.

tłum.: najbardziej zrównoważoną opcją jest nagość. My jesteśmy numerem 2

Kowalski – opcje! 

Grube osoby chcące kupować trochę bardziej odpowiedzialnie do wyboru mają co następuje:

  • Linię Sustainable Collection w bonprix
  • Kilkanaście opcji w H&Mowej linii Conscious
  • Second handy
  • Vinted

Nawet jeśli z dobrej woli podciągniemy pod to nieliczne polskie marki, które zauważają, że grube kobiety to też konsumentki, nie wyjdziemy poza 15, może 20 źródeł ubrań. I ok, jednemu człowiekowi nie trzeba do życia więcej, tyle że babki plus size to nie jest jedna osoba! Różnimy się od siebie również w zakresie gustu i potrzeb modowych dokładnie tak samo, jak szczupłe osoby! Mamy takie same potrzeby wyrażania siebie poprzez ubiór. Chociaż ok, tu może się zagalopowałam, bo faktycznie lata tłamszenia gustów grubych osób bardzo ograniczoną dostępnością ubrań w dużych rozmiarach zrobiły swoje. 

Chlubnym wyjątkiem staje się Polska branża bieliźniana, jak zawsze w awangardzie branży odzieżowej. Tutaj dostępność opcji spod znaku sustainability (czyli zrównoważonego rozwoju, wizji opierającej się na pracy na rzecz klimatu, ale też równości ludzi czy praw człowieka) jest niezwiązana z rozmiarem i dotyczy całych linii. 

Clothes flipping, czyli gdzie znikają duże ubrania z drugiej ręki

Rynek drugiego obiegu ciuchów w dużych rozmiarach mocno się zmienił w ostatnim czasie. W mojej bańce więcej się nora po apkach, sprzedaje na Vinted czy na facebookowych grupach. Kiedyś strasznie tego nie lubiłam. Moim – do dziś niespełnionym! – marzeniem było po prostu wejść do sklepu, wziąć z wieszaka cokolwiek, co mi się spodoba i to po prostu kupić.

Myślę, że ten gorzki posmak zakupów w ciuchlandach pochodził z poczucia wstydu, że prawie nie było na mnie ubrań, ale też z wiecznego rozczarowania dostępnymi opcjami.

Pamiętam takie czasy, kiedy do ciuchów w dużych rozmiarach nie musiałam się ścigać ze szczupłymi dziewczynami, noszącymi mój rozmiar jako „niedbały oversize”. Ani tymi uprawiającymi clothes flipping, czyli praktykę skupowania ubrań w dużych rozmiarach, czasami przerabiania i odsprzedawania ich w wyższej cenie. Ja oczywiście rozumiem ten dreszczyk ekscytacji i żyłkę przedsiębiorczości, z ręką na sercu, rozumiem. I nijak nie zmienia to faktu, że pomniejszanie i tak skąpych zasobów ubrań w dużych rozmiarach uważam za draństwo. Przypomnę: za duże ubranie da się bez problemu dopasować, za małego ni dudu. Spodnie w rozmiarze 38 nie przedstawiają dla mnie żadnej wartości.

Czy sama odkupuję takie rzeczy z drugiej ręki? Eheś. Oczywiście. Bobruję na Vinted jak norka w rui. Tylko że muszę Ci powiedzieć w sekrecie o jednej rzeczy, która w kontekście tego procederu mnie naprawdę irytuje, a są to zdjęcia szczupłych dziewczyn wystrojonych w duże rozmiary. Nosz kurza twarz, jak mi to uprzykrza życie! Nie mam co choćby cienia szans, żeby w tym starciu wykoncypować fason rzeczonego łaszka. 


Bycie bardziej świadomą_ym konsumentką_em i kupowanie bardziej odpowiedzialnie jest potrójnie trudne, kiedy jesteś grubą osobą, (a do tego miewasz okres, to fenomen wyrastania z ubrań z dnia na dzień zapewne nie jest Ci obcy), rynek odzieżowy ma cię za pariasa, a w szafie musisz mieć ubrania w trzech różnych rozmiarach, bo nie znasz dnia ni godziny.

Ogarnięcie tych wszystkich zmiennych jest niełatwe i naprawdę – gotowa jestem obśmiać każdego, kto zżyma się w takiej sytuacji na kupowanie w sieciówkach. Serio, grube osoby naprawdę czasami nie mają wyboru! Nikogo nie powinno dziwić, że zamawiamy Asosa, Shein czy inne niespecjalnie etyczne marki, skoro na rynku nie ma alternatyw. To znaczy ja zapraszam, udowodnij mi że są, a ucałuję twe rumiane lico! Zaproście nas, do cholery, do stołu! Mamy milion powodów, żeby nie kupować sobie ładnych rzeczy, ale wystarczy jeden bardzo dobry, żebyśmy się stały _li lojalnymi klient_kami. Dajcie szansę. 

Ta rewolucja powinna zabrać na pokład wszystkich. 

13 komentarzy do “Na marginesie eko rewolucji”

  1. Ja się najczęściej mieszczę w 5 ( czasem nawet 4 wcisnę) ale często są za krótkie w kroku, albo jak większość majtek do pępka nie sięgają i rolują się pod😓 A co do ubrań to ani za małego nie powiększysz (choć w zamierzchłych czasach poszerzałam sobie dżinsy) a za krótkiego nie wydłużysz. Oprócz braku ubrań, wkurza mnie jeszcze stosowana rozmiarówka, bo co z faktu że ” w tym sklepie mamy rozmiary do 52!!!” jak to 52=48. Każdy ma swoją tabelę rozmiarów, tylko często nie można nawet jej znaleźć… Ja mam w biuście tylko 126/128 a sukienki w szafie od 46 do 62 logiki brak

    1. Totalnie brak logiki. W większości firm polskie 52 jest faktycznie efektywnie 48 kupowaną w markach zagranicznych. To wprowadza w błąd. Tak samo wprowadzają w błąd tabele rozmiarów. Z dużym powodzeniem kupuję na bonrixie, ale według tabeli w wieku fasonach brakuje na mnie rozmiaru.
      Co do rajtek to próbowałaś Snagów? Twierdzą, że obsługują osoby do 198 wzrostu

      1. A czy w ogóle jest jakaś oficjalna rozmiarówka?

        Bo ja już wiem, jaki rozmiar noszę w C&A i bonprix, ale niektóre polskie firmy mają własne rozmiarówki i wymagają prowadzenia notatek, co pasowała, a co było za małe.

  2. Omg napisałaś dokładnie to co myśle! Robię co mogę z produktami kuchennymi, kosmetykami, ale nie jestem w stanie przeskoczyć ubrań. Znam to uczucie rozczarowania z ciucholandów. Znam to uczucie gdy influencerka promuje odpowiedzialną markę ubraniową lub gdy gdzieś na yt lub grupach facebookowch pojawia się lista odpowiedzialnych marek ubraniowych, ja z zapartym tchem sprawdzam każdą po kolei i okazuje się, że nic tam nie pasuje. 😞 a potem słyszę krytykę kupowania w sieciówkach lub zamawiana na zalando i ściska mnie w brzuchu. 😞 gdybym miała following, tyle wolnej gotówki i ogólnie była odważniejsza to sama bym taką markę założyła bo ileż można!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *