fbpx

Wpis i wciśnij enter.

7 powodów, dla których plakaty „Jedz ostrożnie” to szkodliwy paszkwil10 min. czytania

Te obrzydliwe grubasy panoszą się w internecie’ — na podstawie komentarzy w sprawie “Żryj – gate” prawie robi mi się szkoda tych wszystkich prawilnych uczestników internetu, którzy całe swoje życie* poświęcają pilnowaniu grubasów.
Bardziej jednak jest mi szkoda mnie, bo tak po prawdzie już niespecjalnie mi się chce pińcetny raz rozpisywać o tym, dlaczego te plakaty są żenujące i obraźliwe. Żeby formalności stało się zadość, dla porządku i z chęci – nazwijmy to – optymalizacji procesu dyskusyjnego, postanowiłam spisać sobie tutaj moje argumenty.

* a przynajmniej znaczną jego część

Dyskutujemy sobie w internecie o tych obrzydliwych plakatach z konkursu “Jedz ostrożnie” kolejny dzień i naprawdę zaczynam mieć dosyć domorosłych specjalistów od otyłości, których w internecie jest niemal tyle samo, co speców od polskiego zwierzostanu leśnego, oraz mniej więcej tylu, co rok tej o tej mniej więcej porze mieliśmy specjalistów ds. himalaizmu i wysokogórskiego survivalu.

Mamy, my – Polacy, to do siebie, że znamy się na wszystkim i wszystko umiemy zrobić sami. Żeby nam oczy sięgały do ust, to nawet dentystów byśmy w sumie nie potrzebowali, bo każden jeden umi obejrzeć na jutubie tutorial i dawaj, Marian, tę wiertarkę. Zaradzimy!

Wróćmyż jednak do plakatów. Tak po prawdzie, to sama trochę nie wierzę w to, że w ogóle piszę ten tekst, bo nie rozumiem, jak można ich NIE UZNAWAĆ za obraźliwe. Słowo daję, że jest to zjawisko w moim odczuciu totalnie jednoznaczne. Podkreślam – w moim odczuciu.

W moim odczuciu obraźliwe jest płynące z nich założenie, że gruby = żrący w opór parówy i hamburgery. Stwierdzenie to jest szkodliwe z wielu powodów, które w większości wylistowałam w komentarzu na facebooku, ale tutaj zbieram je i pozwolę sobie rozwinąć:

1. Etiologia otyłości jest złożona i nie do końca poznana

Patologiczna jest w tej sytuacji nie tyle otyłość, co nasze szczerozłote przekonanie o własnej nieomylności. No jak to? Przecież w każdej gazecie piszą, że żeby schudnąć, trzeba przestać żreć. Najlepiej przejść na głodówkę, ta firmowana przez pewną panią doktor ma się szczególnie dobrze. Serio, w temacie diet ludzie kupują takie farmazony, że gdyby dotyczyły jakiekolwiek innej sfery życia, popukaliby się w czoło.

Pomyślcie — gdyby otyłość wynikała li i jedynie ze słych proporcji kalorii przyjmowanych do kalorii spalanych, na świecie nie byłoby grubych ludzi. A już z pewnością byłoby nas zdecydowanie mniej. Każda gruba (Jeżuniu, żeby tylko gruba! Dotyczy to niestety prawie każdej kobiety, którą znam. Oraz części mężczyzn.) osoba, którą znam osobiście przynajmniej raz w życiu była na diecie / głodówce.

Próbowaliśmy jeść sałatę z cytryną, próbowaliśmy 7 treningów w tygodniu, a także: tabletek, wypacania, podkręcania metabolizmu, postów, niejedzenia całych grup produktów, żucia gumy zamiast posiłków, picia wody zamiast posiłków, chodzenia na pieszo do pracy, okręcania się folią spożywczą, srebrnych dresów, urządzeń do wywoływania skurczów mięśni za pomocą prądu, detoksu sokowego. Każdej pieprzonej diety świata.

2. Dla ludzi w różnych sytuacjach życiowych zjedzenie fast foodu bywa jedynym, na co mają przestrzeń umysłową

Bywają, niespodzianka!, w życiu człowieka takie sytuacje, kiedy zrobienie kanapki wydaje się przedsięwzięciem logistycznym na miarę rozebrania Wieży Eiffela i przestawienia jej do Bejrutu. Zakupy wydają się ponad siły, wymyślenie menu tak samo. Praca, stres czy choroby czasami decydują za nas. Czasami ten stan trwa dłużej i odbija się na naszym wyglądzie.

Mijając Cię na ulicy, nie jestem w stanie stwierdzić, w jakiej kondycji umysłowej jesteś obecnie. Nikt nie potrafi rozróżnić, który gruby jest gruby od schabowych, który od leków, a który jest w ciężkiej depresji i z kontaktów międzyludzkich stać go jedynie na wyklikanie dostawy do domu. Argument, że „chory to co innego” jest z dupy wzięty z dokładnie tego powodu. NIE. WIESZ. Dlatego dzielenie grubych ludzi na dobrych — tych, którzy zasługują na szacunek i złych — tych, co to żrą i nic więcej, jest z gruntu pozbawione sensu. A przecież nie po to się człowiek na sieci wymądrza, żeby robić z siebie głupka, co?

3. Pogłębia zjawisko uprzedzenia wobec grubych, które odbija się nie tylko na jakości życia grubych, ale czasem ich życiu w ogóle

O skutkach fatfobii pisałam nie tak znów dawno, bo jeszcze w tym tygodniu. Umówmy się: Wstydem nie da się nikogo zmusić do tego, żeby zadbał o swoje zdrowie, a przecież podobno o to chodzi tym wszystkim zatroskanym obywatelom, pokrzykującym, że dobrze nam tak, grubasom!

Wpędzanie ludzi w poczucie wstydu i zakłopotania zwykle prowadzi do punktu, w którym wycofują się z uczestnictwa w świecie zewnętrznym. Wstydzący się swojego ciała gruby człowiek nie pójdzie na siłownię, żeby poprawić wydolność. Ba, często nie pójdzie nawet do lekarza, bo naprawdę, pójście do nowego, nieznanego lekarza nawet z grypą za każdym razem przysparza mi dreszczu adrenaliny. Dostanę pouczenie, czy nie? A diagnozę, będzie w niej coś poza tym, że mam schudnąć?

Co tu gadać, bo więcej zapraszam do poprzedniego wpisu.

4. Pogłębia poczucie winy, które przyczynia się do pogorszenia dobrostanu ludzi

Pogłębianie poczucia winy ma jeszcze jeden długofalowy skutek, oprócz tych wymienionych w punkcie wyżej — życie w tym stanie to horror. Uczestnictwo we własnym życiu stanowi podstawę higieny psychicznej, a wycofanie się z relacji z ludźmi odbija na kondycji psychicznej osoby, której to dotyczy.

Fatfobia prowadzi do wykluczenia. Nikt nie powinien żyć w wykluczeniu.

Niskie poczucie własnej wartości jest na liście czynników znanych jako wywołujące zaburzenia odżywiania.

5. Stanowi trigger dla osób chorujących na zaburzenia odżywiania

Głośno się mówi o tym, że mierzymy się epidemią zaburzeń odżywiania. Centrum Terapii Zaburzeń Odżywiania podaje wyniki badań z 1999r (20 lat temu! Mówimy o czasach sprzed internetów!), wskazujące, że ZO diagnozowane jest u młodzieży do lat 14 w 0,5 do 1% populacji, a wśród dorosłych od 0,2 do 0,8%. Wydaje się, że to w sumie niedużo, ale w skali dzisiejszej populacji Polski mówimy o 190 tysiącach osób. To tak jakby całe Kielce, co do nogi, chorowały na zaburzenia odżywiania.

Wśród czynników wywołujących zaburzenia odżywiania na pierwszej pozycji plasuje się presja społeczna na bycie szczupłym. Trudno mi uwierzyć, że piszę tu takie oczywizmy, ale może faktycznie trzeba. Publiczne zawstydzanie, porównywanie grubych ludzi do hamburgerów, przedstawianie monstrualnych sylwetek na rachitycznych krzesełeczkach jak w „Jedz ostrożnie” to nic innego, jak utrwalanie i rozpowszechnianie tej presji. Obśmiewanie.

Wiecie, w zdrowych społeczeństwach ludzie dbają o swoich chorych i starszych. W Polsce — wiadomo. Po całym życiu pracy gówno Ci się należy. Chorujesz — gówno Ci się należy. Bo przecież nawet nie szacunek. U nas szacunek budzi cwaniactwo i umiejętność kiwania systemu w drodze po najlepszy socjal.

Niech mi ktoś wyjaśni, jak doszło do tego, że ja — płacąca podatki grubaska — jestem wrogiem publicznym numer jeden? Ktoś tu chyba nie umie w matematykę.

6. Wskazuje jednostki jako odpowiedzialne za generalną złą jakość żywności

Jest taki film (niestety, niedostępny już na Netflixie, choć był do niedawna), nazywa się That Sugar. To film o cukrze i o tym, jak producenci żywności robią nas w bambuko. Long story short: żyjący bardzo zdrowo facet postanawia zmienić swoją dietę na dietę zwykłych śmiertelników. W praktyce oznacza to, że zaczyna spożywać cukier, ale nie że tam słodycze, co to, to nie. Zaczyna spożywać cukier w produktach, których o cukier zazwyczaj nie podejrzewamy. Do jego jadłospisu wjeżdżają jogurty owocowe, gotowe przekąski i soki. Nie je więcej, niż jadł, po prostu inaczej. Efekty… albo nie, obejrzyjcie sobie! Bo warto.

Nie piszę tego od czapy, zwróćcie uwagę na nasze codzienne jedzenie. Wcale nie batoniki są najgorsze. Zdrowe jogurciki, słodzona woda dla dzieci, syrop glukozowo – fruktozowy i olej palmowy są we wszystkim. Rzucam Wam wyzwanie – idźcie do sklepu i spróbujcie znaleźć boczek bez glukozy, tak, boczek. Do wygrania jest… bo ja wiem? Moja dozgonna wdzięczność, bo ja nie znalazłam. Te same przekąski, które za miliony rocznie reklamuje się nam jako zdrowe uzupełnienie codziennej diety, są przyczyną pogorszenia naszego samopoczucia.

Owszem, można nie kupować, ale wróćmy jeszcze do punktu o przestrzeni umysłowej. Czasami po prostu nie ma sił / czasu / chęci gotować. ”Zdrowe” produkty dostępne są wszędzie i przerzucanie na jednostki odpowiedzialności na taki stan rzeczy to raczej pobożne życzenia niż rozwiązanie problemu. Gdyby to zależało ode mnie, chciałabym jeść boczek bez cukru. Nie mogę, bo producenci uznali, że jeśli go trochę posłodzą, to kupimy go więcej. I nikt ich za to publicznie nie obwinia.

7. Dzieli społeczeństwo poprzez wartościowanie na nas — dobrych i szczupłych oraz ich — żrących i grubych

Co jak co, ale lubimy się poczuć lepszymi od innych. Lubimy się z zadowoleniem przejrzeć w cudzych wadach. Fit-tytani vs. zapasione wieprze. My vs. oni, oni vs. my. Porozumienia nie będzie, bo od zrozumienia drugiego człowieka ważniejsze jest, by poczuć się lepiej, za wszelką cenę i w każdych okolicznościach. Stąd bierze się paliwo całej tej dyskusji i stąd biorą się takie kiepskie pomysły, jak te plakaty, które oszpeciły co większe miasta w Polsce.

Kogoś, kto żre łatwo jest depersonalizować. Żrą dziki, chociaż nie, dziki to akurat teraz w Polsce lubimy. Niech będą… świnie. Uboższe w wolność kuzynki dzików. Czytam komentarze, w których jestem porównywana do alkoholików, narkomanów, nazywana idiotką i mieszana z błotem i dociera do mnie, że to nie o mnie mówią. Bo żeby mówić o mnie, musieliby ci internetowi specjaliści, wyciągnąć z masy „tłustych nierobów” moją twarz. Uznać, że jestem człowiekiem i powiedzieć mi to w nos. Bez udawania, bez “bo Ty jesteś inna”, bez “bo choroby to rozumiem”.

Gówno rozumieją.

Raz jeszcze powtórzę to, co dziś rano napisałam na facebooku: może z całej tej zadymy wynikną też dobre rzeczy. Polacy nauczyli się właśnie odmieniać fatshaming i fatfobię przez przypadki. Uprzedzenie i stereotypizacja grubych wyszły na światło dzienne. Może w perspektywie miesięcy wpłynie to na sposób, w jaki rozmawiamy o byciu grubym? Może chociaż do jednej na dwadzieścia osób trafią racjonalne argumenty?
Kto wie, może kiedyś na temat otyłości będziemy w stanie rozmawiać kulturalnie?!

Na dokładkę dorzucam kilka plakatów ze światowych kampanii promujących aktywność fizyczną i sprzyjające zdrowiu odżywianie. Zobaczcie sobie, jak zupełnie inaczej można podejść do tematu:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

One comment

  1. Warto też dodać, że nadwaga i otyłość idzie w parze z niskimi płacami. Znaczna część osób w Polsce zarabia najnizsza krajowa tj. 1600 zl. Nawet biorąc pod uwagę małżenstwa gdzie wypłata liczy się razy 2 to i tak oplaty wszelkie zazwyczaj zjadaja ta jedna wyplate. I za te 1600 trzeba przez 30 dni nakarmic siebie, partnera a czesto tez dzieci/dziecko. Z wlasnego doswiadczenia wiem ze czasem pod koniec miesiaca w takiej sytuacji jedyne na co mnie stac to placki ziemniaczane, kluski z serem i kopytka albo mielony z miesa z lidla bo duzo i tanie. I wiem ze wiele rodzin tez ma tak samo. Owszem staramy sie nadrabiac witaminy w sezonie gdy owoce i warzywa sa tansze, robimy przetwory na zime itd ale jednak chcac zrobic super hiper zdrowy obiad dla 2 osob kosztowaloby mnie to kolo 50zl za ktore jestem w stanie kupujac tansze produkty zrobic 3-4 obiady. Dodajmy ze nie mam dzieci wiec mam na to czas zeby pochodzic po sklepach, poszukac tanszych i dobrej jakosci produktow i postac pol dnia nad garami. nie kazdy ma ten komfort