fbpx

Wpis i wciśnij enter.

Dietoland – książka i serial [recenzja]8 min. czytania

Feministyczny Fight Club! Prawdziwa rewolucja. “Gdy jesteś gruba, kobiety nie chcą być tobą, a mężczyźni nie chcą się z tobą zadawać. Ale wiesz co? Spójrz na to inaczej. Dzięki temu jesteś wolna.” Wyobrażasz sobie co trzeba zrobić, żeby zasłużyć na takie tytuły?

 

Recenzja Dietolandu długo już czeka w kolejce na swój moment. Podarowany mi przez wydawcę, WAB, egzemplarz polskiego wydania zabierałam ze sobą na wakacje. Tak, zdecydowanie było to dosyć dawno.

Stało się tak z kilku powodów: po 1) atak perfekcjonizmu, który mnie przydusił do ziemi sprawił, że wstydziłam się zrecenzować książkę, gdyż – UWAGA – nigdy tego wcześniej nie robiłam. To przecież całkowicie oczywiste, że istnieją ludzie, którzy rodzą się z umiejętnością pisania takich recenzji, że nikt nie poziewuje, a co trzecia osoba leci kupić książkę o której mowa. Po 2) w tym samym mniej więcej czasie pojawiła się amerykańska ekranizacja Dietolandu, serial produkcji AMC.

Chciałam mieć możliwość porównania. Polski wydawca sprzedawał Dietoland jako feministyczny Fight Club. Musiałam to sprawdzić.

Zanim zagłębicie się w lekturę, uprzedzam: po pierwsze primo nie jest to tekst krytycznoliteracki, a co najwyżej zapis indywidualnych doznań z obcowania z Dietolandem; po drugie primo tekst zawiera w cholerę spoilerów. Jeśli jeszcze nie czytałyście/oglądałyście, a zamierzacie to zrobić, wchodzicie na własne ryzyko!

Wyobraźnia vs. telewizja

O serialu usłyszałam będąc tak mniej więcej w połowie książki i oczywiście, stanęłam przed dylematem typu “co pierwsze, jajko czy kura?” Szczęście w nieszczęściu – różnice między serialem, a książką okazały się na tyle znaczące, że obejrzenie ekranizacji nie zepsuło mi dalszej lektury. Ba, do ostatniego rozdziału wypatrywałam zalążka przygód Plum w szeregach Jennifer i… nie doczekałam się.

Książkowy Dietoland to prowadzona w narracji grubej dziewczyny opowieść o rytuale przejścia. O stawaniu się na zewnątrz swojej skorupy. W linijkach Sarai Walker, autorki, znalazłam siebie. Dietoland zabrał mnie na (re)sentymentalną wycieczkę do czasów odchudzania przeplatanego z wyjadaniem łapami z przyniesionych na zaplecze talerzy niedokończonych dań. Do czasów, w których traktowałam swoje ciało tak, jak dzisiaj nie potraktowałabym żadnego istnienia, ani człowieka, ani zwierzęcia. To był naprawdę przerażający trip, spojrzenie w ujętą w karby literatury otchłań krzywdy.

Gruba dziewczyna oblizuje

Scena, w której trzymająca dietę Plum w zapomnieniu oblizuje z palca krem, wydusiła ze mnie zrozpaczone “nie”. Moja zinternalizowana kultura diety jęknęła w jej imieniu. W moim imieniu, bo Plum to ja. Od ubrań kupowanych na czasy, gdy schudnę, po cytat “Za bardzo się brzydziłam wymiotami, żeby popaść w bulimię.”

Czytanie Dietolandu momentami było po prostu bolesne. Nie musiałam sprawdzać jak wygląda Sarai Walker, ale wiem, że jest grubaską, bo pewne rzeczy wiemy tylko my. Tylko my potrafimy policzyć każde spojrzenie, gdy idziemy przez kawiarnię do stolika, niosąc na talerzyku kawałek ciasta. Ta książka jest jak spotkanie z grubą przyjaciółką, która przechodzi przez te same piekła co Ty i ja. Jest jak dom. Nawet jeśli jest nieco patologiczny.

Za to oglądając serial nie mogłam się pozbyć wrażenia, że producenci telewizyjnego show nie uznali refleksji grubaski za materiał wystarczający, żeby zrobić wrażenie na szeroko pojętej widowni. Serial AMC jest dużo bardziej polityczny. Czy to źle? Bynajmniej. Warto przyjrzeć się tym zmianom i zastanowić co mówią o świecie, w którym żyjemy.

W serialu monotonne tło etniczne książki ustępuje pola różnorodności. Książkowa ciężarna Carmen to, a jakże, ciemnoskóry Steven, gej. Postać ogniskującego “trzy mniejszości” asystenta szefowej magazynu zatrudniającego Plum, homoseksualnego Portorykańczyka Eladio została wyłuskana z tła, co pozbawionej składników odżywczych karykaturalnej obsadzie redakcji zdecydowanie dodaje rumieńców.

Gorzkie ziarenka prawdy

Najsilniejszym akcentem jest zdecydowanie Jennifer, feministyczna bojówka, której poczynania w książce stanowią zaledwie tło dla duchowej podróży Plum. Siejąca terror grupa kobiet robiących porządki na patriarchalnej szachownicy świata, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Samosąd na sprawcach przestępstw seksualnych w imię zrobienia z tego łez padołu miejsca bezpiecznego dla kobiet to pomysł elektryzujący i kontrowersyjny. Z jednej strony miałam ochotę klaskać, gdy fikcyjne media donosiły o kolejnych “porządkach”, z drugiej – co jest dosyć gorzką refleksją – mówimy przecież o przemocy. Czy nie da się uzyskać równowagi bez Jennifer? Czy my, kobiety, możemy odzyskać siłę wyłącznie kosztem mężczyzn?

 

Dla mnie, grubaski, Jennifer ma także drugie dno. Wizja kobiecych kolektywów akceptujących również grube kobiety jest dla mnie wizją utopijną. Nie tylko ja mam takie odczucia. Kiedy Plum zostaje zwerbowana przez Jennifer, widzimy, że jej przynależność podyktowana jest czysto utylitarnym podejściem Jennifer. Gdyby nie talent do słów, Alicia Kettle, grubaska, nie byłaby im potrzebna.
Plum o tym wie, “NAWET Jennifer nie może sprawić, że ludzie mnie przyjmą”. Ten wątek rezonuje mocno z moimi własnymi doświadczeniami z młodymi polskimi feministkami, które uznają mnie za swoją tak długo, jak nie zajrzą mi w talerz. Pisałam o tej sprawie na blogu i powtórzę kategorycznie – feminizm, zwłaszcza w swoich reprezentatywnych głowach, powinien zrobić miejsce także dla grubych kobiet. Nie wierzę, że muszę to powtarzać. Poczucie wykluczenia to zdecydowanie nie jest to, co chcecie dawać innym kobietom.

Teoria Ruchalności

Przyznaję się, Marlow i jej Teoria Ruchalności otworzyły mi oczy na wiele zjawisk. Dla mnie – i wierzę, że dla większości osób z bagażem doświadczeń podobnym do mojego – Dietoland jest wnikliwą analizą rzeczywistości. Niepozbawioną jednak humoru! Scena depilacji intymnej, jednego z elementów przystosowania Plum do wymaganej przez rynek randkowy ruchalności, rozbawiła mnie do łez. Jeśli kiedykolwiek kosmetyczka postawi Was w takiej sytuacji – wiejcie!

Być może to tylko moja głowa, ale to, co zaczyna się lekko, u Walker szybko nabiera ciężaru poważnego komentarza. Randki Plum to pasmo żenady, tak bardzo ją rozumiem! (Jestem pewna, że gdyby przeczytała Grube Randki, sprawy ułożyłyby się inaczej!) Wielokrotnie upokorzona, zawsze z tyłu głowy widzi w zainteresowanym nią mężczyźnie fetyszystę. Godzi się na okropności w imię nieistniejącego poczucia przynależności do kogoś. Czy to nie my?

 

Geniusz tej części opowieści znajduje makabrycznie ciężką puentę w ostatnim pokoju w piwnicy Calliope House, domu dla kobiet. Instalacja Marlowe wyrwała mnie z kapci i zmieniła moje, Urszuli, spojrzenie na pornografię. Trudno mi teraz popatrzeć na zjawisko neutralnym okiem.

W serialu kontrapunktem randkowych niepowodzeń Alicii jest wątek romantyczny z udziałem Dominica, zupełnie jakby scenarzyści postanowili wlać jednak w nasze serca odrobinę czekolady. Sarai Walker tego nie robi. W jej wersji rzeczywistości na Plum nie czeka romans, co można zinterpretować co najmniej dwojako. Czy to karmione doświadczeniem rozgoryczenie, czy raczej manifest, że kobieta, która dopełni rytuału przejścia nie potrzebuje już myśliwego, który uchroniłby ją od złego? Decyzję zostawiam Wam.

Fight club, czyli dorastanie

Jest to książka, z której każdy czytający wyciągnie coś dla siebie. Taki dziwny miks. Z jednej strony – o święta naiwności! – Sarai daje nam szereg dość płytkich skojarzeń, np. wizję Europy, jako krainy topless płynącej. Wizję świata dzielącego się na biedne grubaski i opętaną odchudzaniem resztę. Czerń i biel.

Tymczasem Dietoland to także współczesna opowieść o rytuale przejścia. O Czerwonym Kapturku – drodze, którą musimy przejść, żeby na samym końcu dowiedzieć się, że ta paszcza wilka nie jest taka groźna. Że może bezustanne sprzątanie w koszyczku i pranie czerwonej, nigdy dostatecznie czystej, peleryny jest faktycznie gorsze od powiedzenia “Jestem Czerwonym Kapturkiem i wuj ci do tego”? Że Janice, kolorowa Janice, wykrzykująca “jestem jednorożcem, jestem królową!” ma rację.

Czy uważam, że kryptonim “feministyczny Fight Club” został tej publikacji przypięty zasłużenie? Jako wieloletnia fanka Chucka Palahniuka nie mogę zgodzić się z tym hasłem. Na pewno nie w odniesieniu do książki. Chyba, że za rewolucyjne przyjąć opowiedzenie międzynarodowej publiczności o doświadczeniach życia w grubym ciele.

 

Mimo wszystko to zdecydowanie moja ulubiona książka zeszłego roku. Przeczytam ją ponownie, może już spokojniej, bo wiem, co mnie czeka.

To pierwsza wydana w Polsce książka z całej fali plus size i ciałopozytywnej literatury, która jest wydawana za oceanem. Oby nie ostatnia, bo współdzielenie doświadczeń z bohaterem książki jest fantastycznym doznaniem. Zwłaszcza, gdy mówimy o doświadczeniach tak trudnych i często po prostu bolesnych. Reprezentacja jest ważna.

Jeśli zastanawiacie się nad tym, czy warto jej poświęcić czas, to nie sprawdzajcie recenzji w internecie. Zajrzałam na lubimy czytać i z zaskoczeniem zarejestrowałam, że Dietoland ma niską ocenę. Sprawdziłam recenzje i… tak, te negatywne nie dotyczą książki jako takiej, a raczej konceptu, że grube dziewczyny mają prawo nie przejmować się cudzą opinią. Dosłownie padają tam zwroty w stylu „babochłop z cegłą w torbie”. Także ten, klasyka. Książkę warto, komentarzy zdecydowanie nie.

____

Zdjęcia w tekście pochodzą z materiałów prasowych AMC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

One comment

  1. Lecę kupić książkę, więc chyba całkiem niezła ta recenzja Ci wyszła 😉
    Dziękuję Ci za ten blog. Dzięki Twoim przemyśleniom, po raz pierwszy na widok dodatkowych kilogramów zamiast rzucać się w wir odchudzania, objadania, napierdalania samej siebie w głowie, jaką jestem beznadziejna i słabą, że nie umiem schudnąć czuję się ze sobą i myślę o sobie zupełnie inaczej. Twój blog pomógł mi rozpocząć podróż, z której już nie ma powodu do świata głębokiej nienawiści do swojego ciała. I dobrze. Dziękuję.