fbpx

Wpis i wciśnij enter.

5 „ciałopoztytwnych” bzdur, które powinny pozostać w 202012 min. czytania

O mijającym roku naprawdę trudno powiedzieć cokolwiek dobrego. Planeta w ogniu, globalna pandemia i sięgające prawie każdego zakątka ziemi prostesty i walka o sprawiedliwość społeczną. Armagedon, na który stawiliśmy się w dresach i maseczkach. A co w sprawach ciałopozytywnych? Jakie bzdury przyniósł nam 2020?

Prowadzenie bloga czwarty rok ma swoje plusy. I nie mam wcale na myśli idealizowanych darów losu, a pewne świeckie tradycje, które udało mi się tutaj wykształcić. Jedną z nich jest doroczny wpis o związanych z ciałopozytywnością – lub ciałem w ogóle – zjawiskach, które powinny zostać w mijającym roku. Nie zawsze im się udaje, niestety, ale umówmy się, wiadomo przecież, że między 31 grudnia a 1 stycznia nie ma żadnych magicznych drzwi, które dałoby się skutecznie zamknąć. A szkoda! Bo 2020 jest zdecydowanie jednym z tych gagatków, po których chciałoby te drzwi nie tylko zatrzasnąć, ale wręcz zabić dechami i szybciutko o nich zapomnieć.

Nie ma wątpliwości, że to był bardzo polityczny rok. Myślę, że mnóstwo jest osób, którym udowodnił, że mówienie „polityka mnie nie interesuje i nie dotyczy” nie ma najmniejszego sensu, bo polityka żywo interesuje się nami. Musiałyśmy_liśmy walczyć w tym roku na różnych frontach, w domach i na ulicach. Wiemy już dobrze, że jeśli my się nie zainteresujemy i nie zaangażujemy w urządzanie rzeczywistości, to znajdzie się cała masa osób, które z dziką chęcią urządzą ją za nas. A że nie DLA NAS? No cóż.

W tym roku antyszlagiery związane z ciałem są mocno osadzone w zjawisku social justice, sprawiedliwości społecznej. Nie da się tego uniknąć, takie czasy.

1. Walka o samostanowienie o ciele

Zjawisko to ma w bieżącym roku pół miliona fasetek, przez które je oglądam. Zaczynałam 2020 zrażona postawą obecną w wielu dyskusjach zogniskowanych wokół feminizmu, mówiącą, że mogę decydować o swoim ciele, ale tylko tak długo, dopóki nie jestem gruba. 27 września dokładnie o tym rozmawiałam z Martą Lempart, jako gościni w jej audycji w Halo Radio. Trochę przy tym śmieszkowałyśmy ze stereotypów, ale tkwiła w tym owocu gorzka pestka buntu i niezrozumienia, że jak to jest, że kiedy noszę transparent z napisem MY BODY, MY CHOICE to jest to okej w kontekście walki o legalne i bezpieczne przerywanie ciąży, ale kiedy przykładam tę samą miarkę do swojego ciała i mówię „mam prawo wybrać, że się nie odchudzam” to staję się przedmiotem dyskusji, bo „przecież dla mojego zdrowia powinnam coś ze sobą zrobić”. Nosz do cholery.

Miesiąc później znów rozkładałyśmy parasolki, malowałyśmy na nich osiem gwiazd. Wyciągnęłam z szuflady przypinkę „czarny piątek” z 2016 roku, na czarną maseczkę naszyłam filcową czerwoną błyskawicę i znów muszę protestować. Znów mój wybór i moje zdanie na temat tego, co powinno dziać się z moim ciałem jest nieważne. Moja opinia waży mniej niż opinia jakichś facetów i cudzej religii. Czy ktoś mi to może wytłumaczyć?

Walka o samostanowienie o naszych ciałach nie skończy się wraz ze schyłkiem 2020. Przed nami długie miesiące, jeśli nie lata oporu i znoszenia idiotycznych pomysłów w stylu referendum na temat prawa człowieka o decydowaniu czy chce być w ciąży czy nie. To się tak szybko nie skończy, ale my możemy zamknąć w swojej głowie wątpliwości. Dlaczego ufamy jakimś kolesiom, obcym głosom, zamiast zaufać kobietom i sobie w wartościowość naszego osądu? I Ty, i ja umiemy zadecydować za siebie. Umiemy podjąć decyzję czy chcemy mieć dziecko, po raz kolejny bezskutecznie się odchudzać, tańczyć, zjeść kanapkę czy ocenić, czy stać nas na zakup mieszkania. Zaufajmy sobie i zaufajmy innym ludziom, że są w stanie podejmować dobre dla siebie decyzje nawet, jeśli nie są one zgodne z naszym światopoglądem czy przekonaniami.

Moje ciało, mój wybór. Ciebie też to dotyczy.

2. Wypowiadanie się za dyskryminowanych

Jeśli kobieta mówi, że doświadczyła przemocy seksualnej, to znaczy, że doświadczyła przemocy seksualnej. To doświadczenie nie zależy od tego, jak aktualnie definiowany jest w danym kraju gwałt.

Jeśli osoby z niepełnosprawnościami, grube, dojrzałe, nie cis płciowe czy chorujące – generalnie: nienormatywne – mówią, że doświadczają dyskryminacji to tak właśnie jest. Niezależnie od tego, co powtarzamy sami sobie w naszych małych, wytapicerowanych przywilejami banieczkach. 2020 powinien zostać ostatnim rokiem, w którym głos zabierają głównie osoby znające zjawisko dyskryminacji wyłącznie z drugiej ręki.

To znaczy, zrozummy się dobrze, ja tu nie próbuję powiedzieć, że sojusznictwo nie jest ważne. Wręcz przeciwnie, bycie dobrym sojusznikiem to jest ciężka robota i każda sprawa potrzebuje „ludzi z zewnątrz”, pewnej masy krytycznej, żeby zyskać rozmach. Dobre sojusznictwo jest ważne. Podkreślam upierdliwie: DOBRE sojusznictwo. Czyli np. nie to, służące prywatnemu lansowi, a sprawie. Dobre sojusznictwo w sprawie ciała robi np. Rihanna – zamiast opowiadać o tym, jak bardzo inkluzywna jest Savage X, jej marka bielizny, konsekwentnie, rok po roku zatrudnia nienormatywne osoby w swoich spektakularnych pokazach. Używam tego przykładu, bo jasno pokazuje, że zamiast gadać, można dać nienormatywnym osobom scenę. I pieniądze za ich pracę.

Zabieranie głosu za kogoś to po prostu świństwo. Ja wiem, to jest fajnie znać się na wszystkim i z takiej pozycji „udzielać głosu” innym. Wszechwiedzącość (czy to w ogóle jest słowo?) jest równie kusząca, co nieprawdziwa. Mam propozycję – darujmy to sobie w przyszłym roku, co? Dajmy grubym mówić o tym, jak to jest być grubym; osobom z zaburzeniami odżywiania, jak to jest funkcjonować w świecie, w którym tak podstawowa rzecz jak jedzenie staje się pułapką; a o to, jak się funkcjonuje na wózku pytajmy osoby, których to dotyczy. 

3. Brak inkluzywności

Na początku roku w moim osobistym małym świecie brak inkluzywności dotyczył przede wszystkim rozmiarówek ubrań i ograniczeń dostępnego na rynku sprzętu sportowego. Potem wjechał temat szczepionki na covid19, która może nie być skuteczna w przypadku grubych osób. Świetnie. Niby człowiek wie, że świat nie jest gruboinkluzywny, ale taki policzek zawsze spoko. Żeby mi się w głowie nie poprzewracało. (I tak, zamierzam to sprawdzić na sobie i zaszczepić się w pierwszym dostępnym terminie)

Brak inkluzywności ma w tym roku, w skutek ożywionych internetowych dyskusji jeszcze jeden, skoncentrowany na płciowości kontekst. Nie wiem, czy śledzisz instagramowy światek aktywistyczny, ale dużo mówi się w nim o wkluczaniu wszystkich płci. Ja się z tym zgadzam, warto pielęgnować swoją wrażliwość. Tyle, że uważam, że dotyczy to również osób, które żądając wkluczenia dla siebie, anulują przy tym innych.
Postawa „posuń się, ja mam gorzej” służy pielęgnowaniu poczucia krzywdy, nie przerzucaniu mostów i wspólnej walce o to, żeby podważyć patriarchat. Ta dyskusja ma dla mnie dodatkowy posmak – wszyscy uczymy się inkluzywnego języka tu i teraz, na żywym organizmie.
Będziemy popełniać błędy, dużo błędów. Będziemy się uczyć mniej lub bardziej sprawnie. Chciałabym wierzyć, że błędy można naprawiać i że można mieć przestrzeń na to żeby się na nich uczyć. 

Zastanawiałam się nad tym w kontekście bloga i mojej obecności w sieci w ogóle – od samego miejsca było to miejsce dla kobiet, osób identyfikujących się jako kobiety. Piszę dużo w odniesieniu do własnego doświadczenia i – muszę się przyznać – mam dużą niechęć wobec zawłaszczania cudzych doświadczeń i mówienia o rzeczach, na których się nie znam. Wiem, że na polskim rynku brakuje ciałopoztywności w wydaniu męskim czy niebinarnym, ale jak o niej mówić, nie mając takiego doświadczenia? Przyznaję otwarcie: jeszcze nie wiem. 

4. Ciałopozytywność celebrycka

To jedno ze zjawisk, które Syreny Lądowe podpowiedziały mi w dyskusji na fanpage. Nie wiem jak mogłam o tym nie pomyśleć, może to dlatego, że wpadka Lewandowskiej została przemaglowana w dyskusji publicznej w każdą stronę tak dokładnie, że założyłam, że nie ma o czym gadać. A przecież jest!

Chciałabym, żeby w 2020 roku zostało też przekonanie, że samo bycie osobą z dużą obecnością medialną waliduje jakąkolwiek wiedzę. Pół polski śmieje się z Edyty Górniak, deklarującej, że jeśli się będzie musiała zaszczepić to wyjedzie z Polski czy z Komarenki opowiadającego, że w szpitalach leżą statyści*, a jednocześnie przecież było całkiem duże grono osób broniących nagrania w fat suit jako przejawu ciałopozytywności i szacunku dla każdego ciała. Nie, bycie znaną osobą nie oznacza automatycznie, że ktoś się na czymś zna. 

Oczywiście, body positive to nie szczepionka, można mieć na ten temat swoją opinię i nikt od tego nie umrze, ale przekonywanie, że w całym wielkim ruchu społecznym, jakim jest ciałopozytywność chodzi o akceptację jednej wymuszonej fałdy na brzuchu albo – o zgrozo – odchudzanie w imię ciałopozytywności, są po prostu poniżej pasa. No i jest też ogromnym brakiem szacunku wobec pracy tysięcy osób, które na całym świecie dokładają wysiłku, żeby życie osób o nienormatywnym wyglądzie było trochę łatwiejsze. Wynurzające się co chwilę na powierzchnię wersje celebryckiej ciałopozytywności często stają się kolejnym narzędziem presji, dzięki któremu znów możemy się poczuć niedostatecznie dobre i zasługujące.

Jeśli szukacie dla siebie miejsca w ciałopozytywności, warto udać się po wiedzę do osób, które się tym zajmują. Poczytać Sonyę Renee Taylor, Virgie Towar, Aubrey Gordon. Po mądre rady na temat układania się z ciałem jedzeniem do Lindo Bacon, Evelyn Tribole czy Christy Harrison. 

* wybaczcie, jeśli coś zmiksowałam, ale poziom nonsensu jest tak wysoki, że nie chce mi si przez te pudelkowe newsy przekopywać ponownie

5. Odchudzanie przebrane za self care

To całkiem nowy rodzaj piekła, chociaż czy zaskoczyło mnie to, że fitbiznes zaczął nosić owczą skórę osiędbania? No nie. Zmiana tonu publicznej rozmowy o ciałach odbija się echem w wielu branżach. A przecież to tak łatwo połączyć – kochasz swoje ciało, to przecież chcesz, żeby było zdrowe, co nie? Healthism, czyli postawa dyskryminująca na tle stanu zdrowia i sprawności, ma się doskonale. Ile razy w ciągu tego roku czytałaś w sieci ‘zatroskane’ komentarze ludzi mówiących o tym, że przecież nie można promować otyłości, bo to choroba, a zdrowie jest najważniejsze? No więc oczywiście, zdrowie jest bardzo ważne, ale czy osoby funkcjonujące z przewlekłymi chorobami czy niepełnosprawnościami są mniej ważne? Mniej uprawnione do życia i publicznej reprezentacji. No nie sądzę. 

W “Things no one will tell fat girls” Jes Baker pisze o zjawisku, które nazywa Mitem Piękna 2.0 – dzisiaj nie musisz martwić się tym, czy jesteś piękna_y, musisz być ZDROWA_Y. Nigdy wcześniej – pisze Baker – nie ocenialiśmy wartości ludzi, ich moralności czy istotności na podstawie ich kart pacjenta i zdolności do przebiegnięcia maratonu. I dalej: Definiowanie wartości w oparciu o stan zdrowia i poziom sprawności to nie tylko dyskryminacja na tle rozmiaru ciała. Tu chodzi o klasizm. Rasizm. Ableism*. I wiele więcej. Dzięki temu nowemu mitowi piękna dużo więcej ludzi nie jest w stanie osiągnąć nie tylko ciała uznawanego za akceptowalne, ale całego stylu życia, którego się od nich oczekuje.

W świecie sefcare’u podniesionego do wielomiliardowej, liczonej w dolarach potęgi każe nam się odchudzać nie tylko dla zdjęć przed i po, ale DLA SIEBIE. Dla własnego “zdrowia”. W cudzysłowie, bo przecież kto by się wdawał w takie didaskalia jak badania mówiące o punkcie wagi ustalonej, długoterminowej nieskuteczności diet odchudzających (TUTAJ zostawiam link do interesującej rozmowy z kardiologiem prof. dr. hab. n. med. Arturem Mamcarzem – całość jest o prewencji chorób serca, ale pojawiają się w niej interesujące wątki związane z odchudzaniem właśnie)  czy straszliwych konsekwencjach dyskryminacji i presji doświadczanej przez grube osoby. 

W tym nurcie najbardziej mierzi mnie wykorzystywanie wspaniałego narzędzia, jakim jest jedzenie intuicyjne (Intuitive Eating, IE), do celów odchudzania. IE powstało w odpowiedzi na ogrom cierpienia wywołanego przez zaburzone odżywianie i zaburzenia odżywiania na skutek funkcjonowania w kulturze diety. Nie zagłębiając się w szczegóły, jedzenie intuicyjne ma pomóc odzyskać praktykującym zdrowe relacje z jedzeniem i przerwać zaklęte koło kar, wyrzutów sumienia i “jedzeniowych grzechów”. Jedzenie intuicyjne jest z założenia głęboko terapeutyczne i dobre – zawłaszczenie go jako kolejnej metody regulowania ilości spożywanego jedzenia jest po prostu nadużyciem.

* Ableism – dyskryminacja na tle pełnosprawności ciała

Szczęśliwego Nowego Roku

Kończąc moją wyliczankę, chciałabym Wam, Syreny Lądowe moje, przesłać całe morze dobrej energii, dobrze wiemy, jak bardzo nam jej w tym roku brakowało. I ile jeszcze będziemy jej potrzebować, zanim świat drgnie z posad i zmienimy go na tyle, żeby żyć w emocjonalnym komforcie. 

Kończymy ten rok cholernie zmęczone_eni, ale – wierzę w to – z całym szeregiem nowych odkryć o sobie i grupach, w których funkcjonujemy na co dzień. Życzę nam, żebyśmy doświadczyły poczucia wkluczenia, solidarności i akceptacji uniezależnionej od tego jak wyglądają i co mogą nasze ciała. Życzę nam, żeby za rok o tej porze można było powiedzieć, że się udało, że kraj, w którym żyjemy stał się dzięki wspólnemu wysiłkowi lepszym miejscem do życia dla wszystkich osób. Żeby po raz pierwszy od dawna rzeczywistość zaskoczyła nas – dla odmiany – pozytywnie. 

I żebyśmy nigdy nie chciały przestać się uczyć i przestać pielęgnować swoją empatię.

Photo by Kelly Sikkema on Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

One comment

  1. Szalenie podoba mi się słowo „wkluczać”, obyśmy były (i byli) wkluczane i same wkluczały, bo jest w tym głęboki sens i dobro. Wszystkiego spokojnego i Twojego, Lalu!