fbpx

Wpis i wciśnij enter.

Anatomia hejtu – dlaczego internet robi z ludzi potwory?9 min. czytania

Fala kulminacyjna publikacji po The Real Catwalk zdaje się już przeszła, ale że temat jest gorący, obserwujemy fale wtórne. A każda z nich przychodzi z własną warstwą mułu. Mentalnego, of kors, bo tym właśnie są dla mnie pełne hejtu niemoderowane dyskusje w sekcjach komentarzy portali pokroju wyborczej czy innych onetów.

Powiedzieć, że czasy, w których oddawałam się tej lekturze i brałam sobie do serca każdy z komentarzy dawno już minęły, to trochę za dużo. Ogrom – jak mi się wydaje – ludzkiej podłości za każdym razem przytłacza mnie tak samo, dlatego z pełną świadomością nie czytam. Nie i koniec.

Postanowiłam wrócić do tematu po jednej z rozmów, które odbyły się u nas na najfajniejszej syreniej grupie na facebooku. Postanowiłam powrócić do tematu, bo pomyślałam sobie że jedną z rzeczy, które pomagają mi odsunąć od siebie te komentarze ludzi, którzy daleko lepiej ode mnie wiedzą, co dla mnie będzie najlepsze i chętnie by mi wytłumaczyli jak mam żyć (a może raczej umrzeć, bo przecież skoro ostatnio słabuję na zdrowiu to jestem leczona za ich podatnicze złotówki, ergo ten ogromny kapitał zgromadzony przez polskie mróweczki marnowany jest na leczenie grubasa); no więc jedną z tych rzeczy jest racjonalne rozłożenie tego zjawiska na czynniki pierwsze. Zadanie sobie pytania o to, co powoduje ludźmi, którzy w sieci bezinteresownie obrażają kompletnie obcych im ludzi i jeszcze przy tym z zadowoleniem klepią się sami po ramieniu. Dlaczego tak?

Dlaczego ludzie w internecie zamieniają się w krwiożercze trolle?

Mam kilka pomysłów, ale – oczywiście – to moja propozycja. Nie uzurpuję sobie praw autorskich do prawdy, ok?

1. Bo czują się anonimowi

Niby my w tym internecie takie mądre państwo jesteśmy. Niby takie oczytane, parle wu po łacinie, cyniczne takie i bystre. Niby takie oblatane i sprytne, a nadal wierzymy w domyślną anonimowość w sieci. Trochę śmieszno, ale bardziej jednak straszno.

I oczywiście, mam świadomość, że chociaż regulaminy większości mediów społecznościowych nakazują występowanie pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem, to pewnie znaczna część ludzi – nawet tych, których znam – ma lewe konta, na których używa sobie, wykorzystując te same środki, które używane wobec nich wzbudzają oburzenie. Mimo wszystko to krótkodystansowa praktyka. W kolejnych krajach internetowa mowa nienawiści znajduje ścieżkę do kodeksu karnego, rozwijają się coraz lepsze technologie i jeśli platformom zależy na plewieniu takich zachowań, to w końcu znajdą sposób na to, żeby sobie poradzić z chamstwem.

Nie wierzycie? Już powstały pierwsze media społecznościowe oparte na technologii blockchain (tak, to ta od bitcoinów i reszty kryptowalut), w której wymazanie swojej tożsamości graniczy z niemożliwością. Jeśli Was to ciekawi, więcej poczytacie tutaj KLIK.

2. Bo nikną w grupie

Niby uczymy się tego internetu i z roku na rok coraz mniej wierzymy w głupotę nazywaną anonimowością w sieci, a jednak do pełnej świadomości ciągle nam daleko, pod górkę i piachem w oczy.

Czy przyglądałyście się kiedyś bliżej temu zjawisku? Znacie jakichś ludzi (z tych rozsiewających w internecie krytyczne komentarze na temat wszystkiego), które z równą zaciekłością publikowałyby swoje negatywne opinie bezpośrednio na swoim profilu na takim na ten przykład fejsbuku? Bo ja nie znam. Wiem, że dowód anegdotyczny to żaden dowód oczywiście, ale bardzo mnie to ciekawi. Bo widzicie, mam trochę wrażenie, że to jest efekt kolejki – stajemy, chociaż nie wiadomo w sumie co dają. Wszyscy plują, to ja też napluję. Ale jakbym miał stanąć na środku rynku i napluć pierwszy – no, to już nie tak łatwo.

No i zawsze można pokazać palcem i krzyknąć – “Ale kolega napisał gorzej!”

3. Bo są w większości

Tylko że… nie są.

To punkt szczególnie bliski mojemu sercu, bo… mało kto go podważa. Wystarczy wejść w komentarze pod dowolnym tekstem na temat The Real Catwalk, albo niech tam, pod dowolnym tekstem na temat bycia grubym i można się piętą przeżegnać. Ma człowiek wrażenie, że wybiło szambo i nigdy już nie pozbędzie się tego zapachu hejtu z włosów w nosie. Zwłaszcza tam, gdzie system komentarzy zorganizowany jest tak, że jako pierwsze pokazują się te z największą ilością reakcji. Włosy stają dęba i zapominamy, że ta sama osoba, która przy fatfobicznym komentarzu zostawiła kciuka w górę, często na ulicy bałaby się nam spojrzeć w oczy.

Ponieważ – jak wiecie – lubię fakty, zadałam sobie odrobinę trudu i dotarłam do przygotowanego przez IAB w 2017 roku raportu pt. “Internetowa kultura obrażania” (raport znajdziecie tutaj KLIK). Rzućmy okiem na wyniki :

anatomia hejtu - galanta lala

Oczywiście – od czasu badania, czyli od 2016 roku w rzece upłynęło wiele wody. Poziom komunikacji odczuwanie przesunął się w kierunku braku kultury a rozkwitu hejtu, bo nawożona z góry klasizmem i nienawiścią do wszystkiego co różne od niej internetowa społeczność pozwala sobie na więcej. Z drugiej strony – sporo się dzieje w temacie niezgadzania się na internetowe chamstwo. Powiem Wam w sekrecie, że sporo się o tym rozmawia w kuluarach na spotkaniach twórców internetowych, na których bywam.

Mimo wszystko, musimy pamiętać, że pełne jadu komentarze to JEST margines.

4. Czują, że są wśród swoich

Czyli osławione “kupą, mości panowie”. Mamy to we krwi – kupą za szabelkę i hajda na wroga, nawet jeśli jest tylko jeden, nie szkodzi! U nas zawsze czwórkami do nieba szli i internet w tym względzie wcale nie jest inny. Wszyscy szukamy swojego stada, przestrzeni społecznej, w której spotkamy się z akceptacją. I internet nam ją daje.

Machanie szabelką hejtu w doborowym towarzystwie ludzi, którzy myślą jak my, jest kusząco łatwe. Swoje dokłada perspektywa uzystania pozytyznych, wzmacniających naszą hejterską aktywnośc opinii z otoczenia. Puszczasz komentarz o pieprzonych wielorybach leczonych za Twoje podatki, a potem już nic, jak tylko usiąść i patrzeć jak rosną lajki. Bo – vide punkt 2. – ci, którzy nigdy by się nie odważyli (albo po prostu nie umieją) napisać własnego komentarza, chętnie polajkują cudzy, jeśli trafia w ich gust.

5. Bo chcą się dopasować do grupy

Teoria tożsamości grupowej to bardzo ważne zjawisko. Jedno z tych, które każdego dnia warunkują nasze zachowania, a o których w zasadzie nie myślimy. Nie ma nic w tym złego, sama jestem gorącą fanką przeżywania życia bez nadmiernych analiz. Skoro jednak pochylam się nad postawieniem pełnych hejtu komentarzy w odpowiedniej, osadzonej w faktach perspektywie, przyjrzę się i temu. Nie chcę jednakowoż pozować na alfę i omegę, tutaj – KLIK – znajdziecie tę kwestię rozpisaną na szczegóły, wraz z odnośnikami do źródeł.

Pokrótce – każdy z nas ma w swojej samoocenie cząstkę pochodzącą z naszej pozycji w grupach społecznych, do których przynależymy. Lubujemy się w tym grupach na tyle, że chętnie podkreślamy ich odrębność od naszej. My kontra oni. Wieloryby kontra wieszaki. Prawo kontra lewo. Progresowcy kontra konserwy. I tak dalej.
W tym wszystkim my, Syreny Lądowe, grube dziewczyny, mamy szczególnie pod górę, bo nie wiem czy pamiętacie badanie, o którym kiedyś Wam pisałam. W świetle tych badań grubi ludzie są jedyną grupą społeczną, z którą nikt nie chce być tożsamy. To taka niechciana etykietka, wiadomo, w naszych głowach jesteśmy zwykle grube na chwilę. Jeśli na to wszystko nałożymy jeszcze skrzywienie, wedle którego nasze mózgi w pierwszej kolejności wyszukują i przyswajają opinie potwierdzające obecne przekonania, dostajemy wyjaśnienie dlaczego tak trudno jest wyjąć głowę z własnego tyłka. Łatwiej zabeczeć i podążać za tłumem.

6. Bo łapią znieczulicę

Emocjonalna martwica to jedna z tych rzeczy, w która w internecie przeraża mnie najbardziej. Niby nic niezwykłego w tym nie ma, siedzisz sobie w swojej jamce i zamiast z ludźmi, obcujesz z literkami na ekranie. Im łatwiej nabluzgać, niż innemu człowiekowi w oczy.
Im częściej wyrzucamy z siebie nasze frustracje w internecie i im częściej widzimy cudze, tym bardziej obojętne się nam stają. Filtr się zapycha i z czasem coraz trudniej ocenić kiedy wypada ten moment, w którym trzeba się było ugryźć w język czy tam palec.

7. Bo taki mają charakter

Co tu dużo gadać, czasami ludzie po prostu mają gówniany charakter. I to jest ten przypadek, dla którego nie ma wytłumaczenia. To znaczy: można oczywiście brać to łaskawie w rachunek, ale osobiście nie uważam, że to jest okoliczność łagodząca.

Bo widzicie, sama mam taki charakter, który wymaga regularnego temperowania. Posiadam wiele cech charakteru, których ludzie nie uznają za pożądane i po 1. primo, nie uważam, że warto się tym chlubić, a po 2. primo tym bardziej nie uważam, że to cudzy problem.

Dwa lata temu,

kiedy zaczynałam pisać bloga, miałam taki pomysł, żeby na jedną z jego podstron wrzucać hejty, które pod moim adresem płyną z internetu. Miała się nazywać ścianą wstydu i w domyśle miała być przestrzenią, w której hejterzy przestają być anonimowi. Jak widać – nie doszło to do skutku i to nie dlatego bynajmniej, że mi umknął temat. Rozmowa o ciałopozytywności zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, a to zawsze pociąga za sobą więcej hejtu.

Dzisiaj nie widzę sensu w pielęgnowaniu urazy. Nie zbieram przykrości, szkoda mi na nie przestrzeni emocjonalnej. Nie chcę się wymądrzać, ale może Wy też nie powinnyście? Nie mamy jej w nadmiarze, świat każdego dnia robi co może, żeby nam nie było za wesoło.

Wróćmy jeszcze na chwilę do raportu “Internetowa Kultura Obrażania”. Przypatrzcie się zmieniającym się w czasie odpowiedziom, czy nie są interesujące? Co w nich widzicie? Czy podobnie jak ja – drogę ku zdrowemu rozsądkowi?

Nie przeczytałam komentarzy pod żadnym z artykułów, które ukazały się po The Real Catwalk, za wyjątkiem kilku na pseudonaukowym fp, który od tamtej pory udaje, że zna się na byciu grubym w polskiej rzeczywistości. To mi wystarczyło, żeby samej sobie udowodnić, że negatywne, pełne hejtu komentarze to zaledwie kawałeczek świata. Cieniutki plasterek rzeczywistości, przez który widać już na horyzoncie silne i odważne kobiety, mające w nosie cudzą opinię na temat tego, jak powinny wyglądać ich ciała.

I tego będę się trzymać.

Jeśli podoba Ci się ten post i uważasz, że osoby z Twojego otoczenia mogą zyskać czytając go, będzie mi bardzo miło, jeśli go udostępnisz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

2 comments

  1. Lalu, chcą także zaistnieć w społeczeństwie. Fakt czują się bezkarni, ale często hejt spowodowany jest po prostu… nudą… Tak mi się wydaje. Hejtujący, najczęściej dowalają nam, siedząc w domu lub w pracy i przeglądając z nudów internet, znajdują posty, artykuły, do których mogą napisać coś, co wywoła burzę… Istnieją wtedy i czują „moc” że mogli coś zrobić, by ktoś się do nich „odezwał”, by ktoś czytał to co napisali. To ich podbudowuje. Mogą to być osoby, które mają niską samoocenę i też nie potrafią lub boją się wyjść do społeczeństwa. Jest też grupa osób, którzy twierdzą, że jak są „fit” to już nie ma zdrowszych osób od nich. Wtedy każdy, kto odbiega od ich norm, jest chory…. Najlepiej przebiegać codziennie maratony, jeść fenkuły, brokuły i inne zielone jedzonko, pić hektolitry izotonic-ów, zjadać suplementy. Wtedy będziemy zdrowi i co najważniejsze, piękni i szczęśliwi. Boli takie osoby, jak ktoś będąc na wózku, mając kilka kg za dużo, umie się uśmiechać i być szczęśliwym. Do tego jeszcze jak ma pracę, uprawia sport czy tańczy, wtedy w oczy kole. Na szczęście jest to odsetek takich ludzi, a my wszyscy różnimy się od siebie. Świat dzięki temu nie jest nudny. Nie odpowiadajmy hejtem na hejt, bo to powoduje jeszcze większe zadowolenie u tych co źle o nas piszą. Będę wspierał takie akcje jak The Real Cat Walk Polska i walczył o szacunek do tego że każdy z nas jest inny i zasługuje na szacunek 🙂

  2. Mam znajomą Panią Psychiatrę. Kiedyś, przy okazji jakiejś dyskusji, rzuciłam pytaniem retorycznym: „Kim są ludzie, którym sprawia przyjemność hejtowanie?”. A ona na to: „Ja wiem, kim. Moimi pacjentami.” I dalej: „Leczę takich. Opowiadają mi, że cały dzień czują się podminowani, rozdygotani, wchodzą do domu, jeszcze w płaszczach rzucają się do kompa – obrazić, obrazić, zhejtować, dopiec – i czują ulgę. Spokój.”. Od tej pory, kiedy czytam jakiś szczególnie obrzydliwy komentarz, myślę o jego twórcy: „Pacjent mojej znajomej. Chory człowiek. To choroba, nie nienawiść. Współczuję mu i cieszę się, że sama jestem zdrowa”. I ta myśl pomaga mi uporać się z uczuciem krzywdy, które mam, kiedy czytam nienawistne posty.