fbpx

Wpis i wciśnij enter.

Prawdy, których nie widać5 min. czytania

Nie wiem czy wiecie to o mnie, ale jestem absolutną fanką RuPaul’s Drag Race, konkursowego show dla drag queen. Oglądamy z Zu wszystkie dostępne na Netflixie sezony i dobiłyśmy do ósemki. Zanim dalej: jakby komu przyszło do głowy krzywić się na moje rodzicielskie umiejętności, bo kto to słyszał oglądać z dziesięciolatką gejowską rewię drag queen, to niech sobie schowa swoje troski do kieszeni. Na potrzeby własnego rodzicielstwa.

Tak po prawdzie mogłabym – gdyby Was to zainteresowało – napisać cały osobny tekst o tym, co wychowawczo wartościowego można znaleźć w programie, w którym co siódme słowo to „suka”.

Ale do brzegu:

Cały czas

W drugim odcinku ósmego sezonu jest taka scena, w której dziewczyny szykują się w werkroomie do występu i Kim Chi tłumaczy, że jeszcze do niedawna ważyła 160 kilo. Że była tym azjatyckim, grubym i niezręcznym dzieciakiem. I że tej przyczyny nigdy nie miała szansy poczuć muzyki.

Acid Betty wyciąga swoje stare zdjęcia z czasów, kiedy była małym grubaskiem, a Dax! – to jest bolesne – Dax! Mówi o tym, że była nie tylko małym gejem, ale na dokładkę był jeszcze gruby.

Kim Ch – Kiedy jesteś gruby ludzie… nie traktują Cię jakbyś był człowiekiem. Tak. Omijają cię nawet w autobusie, nie chcą siadać obok Ciebie.

Thorgy – O mój borze! Naprawdę zauważacie takie rzeczy?

Kim Chi – Cały czas.

Szczere i ślepe

Moja pierwsza notatka o tym konkretnym fragmencie programu pochodzi jeszcze z maja 2018 roku. Tyle czekała na swoje pięć minut, bo nie wiedziałam jak ją podać, To było dla mnie ważne, ale czy będzie ważne dla innych? I właśnie teraz, a dokładnie to trzy minuty temu wybiegam z łazienki kapiąc jeszcze po kąpieli, bo do mnie DOTARŁO, że to przecież właśnie o tym od ponad tygodnia rozmawiamy w ramach dyskusji o nieszczęsnych plakatach Jedz Ostrożnie.

Tę rozmowę przeżyłam dwa razy i – tak sobie myślę – jest to niezły papierek lakmusowy tego, jak w ciągu ostatniego pół roku zmieniło się moje postrzeganie ciałopozytywności i swojego w niej miejsca.

Za pierwszym razem, w maju, spiorunowała mnie szczerość Kim Chi. Łatwość, z jaką oznajmiła dziesiątce obcych ludzi, że tak byłem gruby i tak, wpłynęło to na wiele aspektów mojego życia. Jeśli dobrze pamiętam, prowadziłam wtedy jakieś rozmowy o zasadności bloga. Wiecie, spory o to czy moja perspektywa, perspektywa grubej kobiety, jest na tyle unikalna, że warto o niej pisać, bo może powinnam się zając jakimś bardziej znaczącym tematem.
W świetle tego słowa Kim Chi były dla mnie zewnętrzną walidacją, potwierdzeniem, że nie zwariowałam do reszty, że moja waga determinuje wiele moich życiowych doświadczeń.

 

Drugi raz natrafiłam na tę scenę w mijającym tygodniu. Zdumiało mnie, jak kompletnie INACZEJ odebrałam tę rozmowę teraz, po wielu długich tygodniach użerania się z ludzkim mamzdanizmem na temat tego, czy to jest dobrze zawstydzać grubych ludzi w przestrzeni publicznej (nie jest!) i sprowadzać tak złożone zjawisko, jakim jest otyłość, to grubości żenującego plakatu na autobusowym przystanku (tym bardziej nie!).

Teraz, kiedy zobaczyłam tę rozmowę po raz drugi, największe wrażenie zrobiła na mnie reakcja Thorgy. NAPRAWDĘ ZWRACACIE UWAGĘ NA TAKIE RZECZY? To jest, drogie Syreny Lądowe, w mojej opinii kwintesencja powszechnego podejścia do grubych ludzi.

To gremialnie zdziwienie, że tak, widzimy takie rzeczy.
To zbiorowe niedowierzanie, że przecież jak to, oni wcale nie traktują grubych ludzi inaczej.
Totalne wyparcie całego doświadczenia, jakim jest życie i funkcjonowanie na łonie społeczeństwa w grubym ciele. Niezrozumienie dla wstydu, frustracji, niepewności i złości, które nam towarzyszą każdego dnia. Których te osoby są w zasadzie przyczyną.

To nie dystans nas uratuje

Nie wiem czy to widzicie, ale przecież z tego bierze się ta cała dyskusja o plakatach, które w cywilizowanym kraju, gdzie rządzi empatia, nie miałyby prawa zawisnąć w przestrzeni publicznej. Ludzie NAPRAWDĘ NIE ROZUMIEJĄ. Ale tak, wiecie, kompletnie nie. Na serio.
To, co dla nas jest oczywiste, dla szczupłych przez całe życie osób jest absolutną nowością.
Dostałam w tym tygodniu w pracy zbiorowy komplement, że mam świetną sukienkę i że w ogóle noszę super ciuchy – odpowiedziałam historią o tym, że dużo to dla mnie znaczy, bo całe liceum spędziłam w męskich dżinsach (alias gacie po tacie) oraz męskim t-shircie, bo po prostu nie było ładnych ubrań, dla egzemplarza w moim rozmiarze. A mogłam wtedy nosić jakieś dzisiejsze 42. Nie tak wcale dużo, prawda?

Konkluzją całej tej refleksji jest odpowiedź na pytanie, skąd biorę cierpliwość, żeby z ludźmi rozmawiać i tłumaczyć (choć ostatnio, przyznaję, tracę ją trochę częściej). Ano stąd właśnie, że staram się pamiętać, że żyjemy w skrajnie różnych światach. Nasze doświadczenia rzeczywistości są rozbieżne.

Ja siedząc w kolejce pod gabinetem u nowego lekarza wyłamuję palce ze stawów, w stresie czekając na kolejne pouczenie o tym, że przede wszystkim powinnam schudnąć. O czym myślą wtedy szczupli pacjenci?

To nie dystans nas uratuje, bo umiejętność śmiania się z siebie nie sprawi, że zaczniemy rozumieć siebie nawzajem chociaż trochę lepiej. Nie dogadamy się tak długo, jak długo wszyscy będziemy unikać lekcji empatii. Tak, my wszyscy, i szczupli, i plus size. Dopóki nie znajdziemy w sobie miejsca na drugiego człowieka z całym jego doświadczeniem, z szacunkiem do jego punktu widzenia, tak długo się nie dogadamy.

Nie zrobią tego za nas czerwone serduszka, znicze i internetowe debaty. I Wy, i ja, i oni – wszyscy musimy odrobić pracę domową z empatii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

10 comments

  1. Hej,

    Po Twojej recenzji przeczytałam dietoland, dość mocno mnie wciągnął. Nasunęło mi się pytanie: czy naprawde osoby plus size spotykają się publicznie z takim traktowaniem? Historie z samolotu mnie przeraziły… Czy z dietami jest tak samo?

    W ogóle musiałam się podzielić ta ironia: w moim mieście na jednym z przystanków plakaty z serii żryj ostrożnie zostały zastąpione REKLAMĄ DANIO x__x W sensie spodziewałam się po tym jakiejś kampanii informacyjnej o zdrowym żywieniu…

    1. Co za uroczy wymyk z tym Danio. Problem w tym, że za kampanie trzeba by komuś zapłacić, za to z reklamą Danio jest dokładnie odwrotnie.

      Co do Dietolandu, obawiam się, że są prawdziwe. Funkcjonując wśród ludzi jako gruba, czuję się czasami, jakbym była pod stałym dozorem. Mało to budujące, ale tak jest. Cieszę się, że wreszcie znalazła się przestrzeń, żeby o tych doświadczeniach rozmawiać otwarcie

      1. Zastanawiałam się właśnie czy autorka nie przesadza w tym przypadku, nigdy nie pomyslałam, że moze być az tak nieprzyjemnie 🙁 Mam na myśli, ze ktoś moze się zachowywać tak poza internetem.

        Tez mnie właśnie bardzo zaskoczył wątek diet – zawsze myślałam, ze wystarczy po prostu trzymać się diety i tyle (akurat w moim przypadku tak było – musiałam schudnąć, bo mam za słaby kręgosłup i w dłuższej przyszłości mogłoby być nieciekawie). Nie miałam pojęcia, ze można się tak strasznie czuć podczas diety. W ogóle, to mam pytanie, bardziej z ciekawości, nie chce być niegrzeczna i mam nadzieje, ze nie zabrzmi to negatywnie, ale jakie masz podejście do zdrowia, w sensie można być jednocześnie gruba i zdrowa? Podkreślam, ze nie chodzi mi tu o martwienie się o cudze zdrowie, tylko konkretnie o opinie na ten temat.

        Tak nawiazując jeszcze do recenzji to tez pod wpływem Twojego wpisu odnośnie netflixowego Insatiable, to i tak go postanowiłam obejrzeć i zdecydowanie polecam obejrzeć cały! Bynajmniej nie pokazuje motywu „schudła i jest szczesliwa”, bardziej pokazuje, ze schudnięcie nie rozwiązuje wszystkich problemów. Serial mocno przejaskrawiony, ale mam na myśli to, ze przekaz jest (moim zdaniem) zupełnie inny i warto dać temu serialowi szanse 😉

        1. Znajomi znajomym często mówią bardzo nieprzyjemne rzeczy, oczywiście dla ich dobra. Obcy to już musi mieć zaburzone funkcje społeczne, ale tacy się oczywiście co jakiś czas trafiają.
          Co do diety, to jeśli nie jest prowadzona przez sensownego dietetyka/lekarza, to o ile pamiętam statsy, w 95% przypadków w okienku 5-letnim wraca się do pierwotnej wagi (bo metabolizm stara się naprawić ubytek). Jeśli dieta była agresywna (zwykle prowadzona samodzielnie, albo z bardzo nieudolnym dietetykiem), to waga końcowa mocno przekracza startową (bo taki mamy wszyty w metabolizm mechanizm reakcji na okresowy głód).
          (dodam, że mam mocno uszkodzony kręgosłup, zalecenie schudnięcia, doświadczenie schudnięcia 50kg, przytycia potem 30, aktualnie wyrzuciłem do kosza zalecenie schudnięcia i buduję sobie mięśnie chroniące kręgosłup, u mnie na szczęście tak można i daje to dobre efekty)

          1. Robmar. Bo z tymi okresowymi dietami to można poradzić sobie poradzić z grzybami w żołądku nie z nadwagą. Trwałe schudnąć oznacza zmienić dietę w rozumieniu stylu odżywiania. Na całe życie. Czyli jeśli ktoś przechodzi na dietę co do której już na starcie wie, że nie da rady dłużej niż kilka tygodni to to nie ma sensu. Po co się katować. Takie tam moje przemyślenia po 3 dekadach życia jak i naoglądaniu i naczytaniu się o dietetyce w dziwnych zakątkach internetu. Nie działa dla osób które właśnie rozwaliły sobie metabolizm głupimi dietami cud w dwa miesiące albo mają inne zdrowotne problemy w wyniku których organizm nadmiernie gromadzi tłuszcz.

          2. @MyCha „Czyli jeśli ktoś przechodzi na dietę co do której już na starcie wie, że nie da rady dłużej niż kilka tygodni to to nie ma sensu” — ja rozumiem, że jest gorzej; efekt jojo nie polega na tym, że miętki człowiek przerywa dietę; istota jojo jest taka, że nawet jeśli wytrwasz, to stopniowo zwalnia metabolizm i dieta ograniczająca kalorie przestaje działać, trzeba dalej ograniczać, szybko dochodząc do stanu już absurdalnego — organizm nadal usiłuje coś oszczędzić z każdego posiłku (bo nawiedził nas głod), a delikwent traci siły (żeby nie biegał po próżnicy, skoro głód i mamutów brakuje)…
            i oczywiście masz rację, trzeba zmienić cały styl odżywiania się, żeby to przetrwało 🙂

  2. „Kim Ch – Kiedy jesteś gruby ludzie… nie traktują Cię jakbyś był człowiekiem. Tak. Omijają cię nawet w autobusie, nie chcą siadać obok Ciebie.” dla mnie szokujące jest to, że to się zdarza na tyle często, że ona to zauważyła, że to nie był jednorazowy epizod, na który można machnąć ręką.
    „O czym myślą wtedy szczupli pacjenci?” o tym, że przychodzę z pierdołą i zawracam dupę, że sobie coś wymyślam.

    1. To tylko jedna z sytuacji, które robią z grubych ludzi istoty hiper świadome. Długo już nad tym pracuję, a mimo wszystko bezbłędnie rejestruję wszystkie uśmieszki, docinki i krzywe spojrzenia pod moim adresem. Do tego stopnia, że często celowo poświęcam czas podważaniu własnych uczuć i racjonalizacji rzeczy, które wydają się nieprawdopodobne.

    2. Myślę, że w autobusie dużą różnicę robi fakt czy ktoś mieści się w obrębie swojego siedzenia czy nie. Bo jeśli mam do wyboru całe siedzenie albo tylko jego część, to dla własnej wygody wybiorę to które będę miała w 100% dla siebie. Szczególnie gdy podróż jest długa. Dla usprawiedliwienia dodam, że postąpiłabym tak samo z kolesiem o bardzo szerokich barach będących efektem przerzucania żelaza na siłowni. Zwykła pragmatyczność. Krzywo na nikogo nie patrzę bo po co.

      Co do plakatów. Pierwszy który zobaczyłam to był ten różowy z wybychajacą kiełbasą na widelcu. Samodzielnie według mnie jest on ok. Tak jak ten ze stekiem ala czaszka. Bo wywołał u mnie przemyślenia na temat jakości tego co jemy i jak to wpływa na nasze zdrowie. Jako drugi zobaczyłam ten z człowiekiem hot dogiem i poczułam się dziwnie. Bo choć nie odnosił się już w tej chwili do mnie to po przeczytaniu paru twoich wpisów i zobaczeniu zdania drugiej strony nie potrafię go już zaakceptować.

  3. Przede wszystkim to chciałabym powiedzieć, że BARDZO chętnie bym przeczytała tekst o wartości wychowawczej „RuPaul’s Drag Race”! ❤
    Jeśli chodzi o te plakaty i całą tę żałosną, szkodliwą kampanię, to dla mnie chyba najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie istnieje chyba żadna inna grupa społeczna, na poniżanie której byłoby takie społeczne przyzwolenie, jak osoby z nadwagą. Każdy Sebix zaczynający dzień od szluga i red bulla czuje się na pozycji powiedzieć osobie grubej, że „promuje choroby i otyłość” (bo istnieje). W gruncie rzeczy nie przeszkadzają nam ani palacze, ani alkoholicy (dopóki nie stosują przemocy), ani ludzie żywiący się chipsami i kebabem, którzy są chudzi, bo wygrali na metabolicznej loterii. Natomiast zawsze, ZAWSZE jako społeczeństwo czujemy się w obowiązku sprawić, żeby osoba z nadwagą zaczęła nienawidzieć samej siebie jeszcze bardziej…I myślę, że mamy, jako społeczeństwo, naprawdę kolosalną pracę do wykonania na ten temat… A najbardziej mnie chyba irytują te osoby, które wspaniałomyślnie twierdzą, że IM „grubi nie przeszkadzają” (bo są tacy wielkoduszni), no ale „otyłość i cukrzyca to są leczone z ich podatków”…czuję wtedy naprawdę kolosalną agresję.
    Piszesz, że powinniśmy się dogadać- grubi i chudzi. Jeśli to ma jakieś znaczenie, ja jestem chuda. Zawsze byłam. Nie jest to moja zasługa, po prostu tak jest. Nie uważam, żeby mnie to uprawniało do poniżania kogokolwiek. I przeraża mnie, że moje myślenie nie jest myśleniem powszechnym i naturalnym dla każdego… nie dlatego, że ja jestem taka zajebista, tylko dlatego, że jest 2019 i jesteśmy cywilizowanymi ludźmi!