Wpis i wciśnij enter.

Sztuka dyskutowania dla zaangażowanych społecznie (nie tylko w body positive)9 min. czytania

Lubicie live’y na facebooku? Nasz ostatni był całkiem niezły, ale myślę sobie, że nie każdy musi lubić mnie na tyle, żeby siedzieć przed komputerem i przez godzinę słuchać mojego ględzenia, kiedy faktycznie jakieś 20 minut tego czasu antenowego ma wartość merytoryczną.

To znaczy ja bardzo lubię siedzieć i z Wami rozmawiać, nie myślcie sobie. 

Po prostu pomyślałam sobie, że to co wtedy powiedziałam było bardzo ważne, że warto to napisać i zostawić na blogu dla potomności, bo internet potrzebuje wartościowych treści, a dzisiejszy wpis to bardzo wartościowa treść. Obiecuję. I obiecuję też, że tylko na pierwszy rzut oka nie ma bezpośredniego związku z body positive.

Każdego dnia w mediach wybuchają mniejsze lub większe awanturki i dzisiejszy wpis jest o tym, jak uczestniczyć w dyskusji, żeby na dłuższą metę mieć wpływ i wywołać szeroko ujętą zmianę dyskursu w ogóle. Bo wiecie – w tej chwili poruszamy się żabimi susami od afery do afery. Od obscenicznych plakatów, przez patotrenerki, po fejsbukowe pańdoktorki urażone obecnością grubych kobiet w przestrzeni publicznej. Nie zrozummy się źle – sam fakt, że te dyskusje w ogóle odbywają się publicznie, a do tego, że pojawiają się w nich głosy zdrowego rozsądku nawołujące do tego, żeby się od grubych ludzi zwyczajnie odstosunkować i dać żyć, to jednak w szerszym obrazku trudno mówić o rewolucji. 

Ujadanie w internetowych utarczkach bywa bardzo męczące, kosztuje dużo czasu i jeszcze więcej energii. Ja się przyznaję uczciwie: mam już dosyć wykonywania pracy za innych. Wystarczy już podstawiania pod zadarte nosy książąt opiniotwórstwa wyszukanych w pocie czoła badań, z którymi się jeden z drugim nie raczy zapoznać. Urobiłam się po łokcie, a zysk (czyli ta upragniona i wyczekiwana zmiana w myśleniu) wciąż pozostaje poza zasięgiem.

Te dzisiejsze rozważania to nie jest moja autorska myśl, bo chociaż temat okraszam swoimi refleksjami, to zainspirowała mnie do tego Sonya Renee Taylor, aktywistka, autorka i twórczyni koncepcji radykalnej samomiłości. Na swojej stronie na facebooku Sonya regularnie publikuje krótkie filmy, w których mówi o swoich radykalnych poglądach i pomysłach na aktywizm społeczny. Nie wszystkie zostają we mnie tak jak ten, o którym piszę. Wiele z nich dotyczy w zasadzie obcej nam w naszej homogenicznej Polsce kwestii ludzi o kolorze skóry innym niż biały. Nałożenie jej doświadczeń na moje białe i europejskie warunki jest wymagającym dużo wyobraźni i empatii ćwiczeniem, ale do brzegu.

W zainspirowanym przez artykuł Loretty Ross (tutaj go przeczytacie w całości) filmie, Sonya mówi o trzech sposobach prowadzenia dyskusji na społecznie ważne, a często budzące wiele kontrowersji tematy. A takim jest, bez wątpienia, ciałopozytywność.

Wyzwanie / Call out

Jak pisze Loretta Ross, żyjemy w kulturze call outu, głośnych awantur nie tylko o rzeczy fundamentalne, ale też o głupoty. Call outem, czy też – jak roboczo przetłumaczyłam – WYZWANIEM są wszystkie zachowania zakładające publiczne napiętnowanie, dosadną odpowiedź lub kąśliwą ripostę. Taylor porównuje call out do sytuacji, w której ktoś nadeptuje nam na stopę, a my krzykiem dajemy mu odczuć, że robi nam krzywdę. Reagujemy tu i teraz, ale w perspektywie nasza reakcja nie ma większego wpływu na to, czy depczący będzie bardziej uważać, żeby nie deptać innych. 

“Call outy są usprawiedliwione wobec prowokatorów z rozmysłem krzywdzących innych lub wobec wpływowych ludzi poza naszym zasięgiem. Efektywne krytykowanie takich osób jest ważną taktyką dla osiągnięcia sprawiedliwości społecznej.” – pisze Ross i wtedy ze zrozumieniem kiwamy głowami. Dalej robi się trochę trudniej, bo autorka tekstu po pierwsze mówi o tym, że często wykorzystujemy to narzędzie w relacjach horyzontalnych, czując z jakiegoś powodu moralną wyższość. Ten mechanizm działa na obu końcach tęczy i stanowi koło zamachowe wszystkich internetowych przepychanek w komentarzach. Nie macie wrażenia?

Wyzwanie ma dwie poważne wady: po 1) ludzie poddani ostracyzmowi czy publicznemu ośmieszeniu / zawstydzeniu zamykają skorupę i szansa dotarcia do nich z racjonalnym argumentem spada w zasadzie do zera, często reagują agresją, idą w zaparte i przy kolejnej dyskusji na ten sam temat – jeśli wezmą w niej udział – wystartują z wysokiego C. Po 2) dryfowanie od jednej kłótni do drugiej jest wyczerpujące nerwowo. Ludzie dyskutując w internecie wpadają w szczególny stan umysłu, w którym poddają się głosowi stada. A żeby przekonać chociaż część stada, trzeba przeciw niemu wystawić co najmniej równie silną reprezentację. Nie muszę chyba mówić jakie jest tego prawdopodobieństwo w odniesieniu do dyskusji o byciu grubym, prawda? 

Te dwie właściwości sprawiają, że na dłuższą metę kultura call outu jest kontrproduktywna. Jasne, chwilowo zrzucimy z serca i wątroby trochę ciężaru i damy upust swoim emocjom. Tylko co dalej? Czy nie istnieją lepsze sposoby na edukowanie i zachęcanie do zmiany postaw?

Wezwanie / Call in

Jako alternatywę dla wyzwania, Loretta Ross proponuje wezwanie: “Możemy zmienić tę kulturę. Calling in to po prostu calling out robiony z miłością”. 

I tutaj, cała na biało wjeżdża Taylor, która mówi, że jasne, że to jest znakomity pomysł, tylko że branie kogoś za rękę, cierpliwe tłumaczenie mu i pokazywanie drugiej strony księżyca jest więcej niż bardzo czasochłonne. Wymaga dużych nakładów pracy, uważności i cierpliwości, a przecież każdy z nas ma swoją wytrzymałość.

Call in, WEZWANIE do rozmowy, zaproszenie do wymiany zdań i argumentów jest nie do zrobienia na szeroką skalę w internecie. Wyobrażacie sobie brać za rękę przypadkowych dyskutantów i do skutku tłumaczyć im, że wcale nie mają racji? Nie?

A co my w zasadzie robimy wdając się w komentarzowe dyskusje, tłumacząc, podtykając pod nos linki kierujące do bardzo konkretnych badań naukowych i zżymając, że nie chcą czytać? Co roimy tłumacząc, że body positive to nie zło wcielone? No dokładnie to robimy, wydajemy swoją energię na głupoty. To znaczy przepraszam, rozmowa z ludźmi nie zawsze jest głupotą, ale jednak – umówmy się – rzadko zbieramy plony. Jeszcze mi się chyba nie zdarzyło, żeby ktoś się po takiej merytorycznej i czułej wymianie komentarzy przyznał i napisał, że “wiesz co, przeczytałem te badania, myliłem się”. Jeśli macie w tej kwestii inne doświadczenie to mi napiszcie koniecznie, bo to będzie dla mnie promyk nadziei i dowód na to, że warto.

Nazwanie / Call on

Jest jeszcze jedna droga, znacznie mniej spektakularna niż ogniste dyskusje i zdecydowanie bardziej efektywna czasowo niż cierpliwe tłumaczenie komuś, kto wcale nie chce słuchać – calling on, czyli NAZYWANIE.

Nazywanie to podejście, w którego centrum jest nasz własny dobrostan: 

Ja, Ula, chcę, żeby zmieniło się traktowanie grubych ludzi. Angażuję w to swoje zasoby – czas i pieniądze wkładam w prowadzenie bloga, w działalność edukacyjną i inspiracyjną. Nazywam rzeczy, które są złe i pokazuję, że są na świecie ludzie wyznaczający alternatywy. Na tym moja rola się kończy. Calling on zakłada, że odpowiedzialność za zdobycie wiedzy pozostaje w rękach osób, którym jej brakuje. Czyli to nie ja mam za zadanie w dyskusji “pokonać i nawrócić” nieprzekonanych, to ich sprawa co zrobią z wiedzą. Nikogo siłą nie nawracam, żeby uwierzył w body positive.

To by była wspaniała perspektywa, tak zdjąć z siebie całą tę dramę i potrzebę przekonania innych do swojej racji. Bo wiecie, w każdej dyskusji w internecie uczestniczy tak naprawdę o wiele więcej osób, niż jest zaangażowanych w pisanie komentarzy. Jest jeszcze cała, dużo większa grupa ludzi, którzy przyglądają się jej w ciszy i tam też wyciągają swoje własne wnioski. I to oni, jeśli nie Wasi interlokutorzy, mogą z tego wynieść największe korzyści.

Czy to jest najbardziej skuteczna strategia dla zmiany kultury w internetowej dyskusji? Nie wiem, ale zbadajmy to. Zamiast zapuszczać się w bezsensowne utarczki słowne, może spróbujemy informować o granicach, bez szarpania się z ludźmi, którzy za najlepszą zabawę uważają deptanie nam po palcach?

To nie dotyczy wyłącznie dyskusji o tym czy jako grube osoby mamy prawo publicznie mówić, że chcemy żyć dobrze i nic innym do tego. Jako strategie wyrosłe z instersekcjonalnego (czyli zajmującego się przecięciem pomiędzy takimi zjawiskami jak kolor skóry, gender, sprawność, wiek, pochodzenie, etc. i ich wpływem na nierówności społeczne) feminizmu, mają zastosowanie do dyskusji o sprawiedliwości społecznej w ogóle. Czyli: niezależnie od tego czy będziecie rozmawiać o tym, że nie każdy gruby musi się odchudzać, body positive czy 500+ i jego wpływie na sytuację kobiet w kraju, z tego podejścia skorzystać możecie zawsze.

I to jest bardzo dobry pomysł, bo informowanie, nazywanie rzeczy po imieniu i przedstawianie innym argumentów opartych na DANYCH jest niesłychanie ważne. Ciężko jest się uczyć od kogoś, kto stawia Cię pod ścianą i sztorcuje publicznie, prawda?

Stąd właśnie, choć nie zawsze mi to wychodzi, próbuję w tych rozmowach zachować cierpliwość. Nie chcę tutaj bynajmniej stawiać siebie jako wzoru do naśladowania i foremki nieomylności, w końcu każdy ma stopę i każdemu na tę stopę od czasu do czasu ktoś nadepnie. 

I to wcale nie znaczy, że przestanę głośno komentować obciachowe wypowiedzi ludzi, którzy albo są wpływowi, albo do miana wpływowych aspirują. Bo budowanie sobie publiczności na cynizmie i pogardzie jest bardzo nie w porządku. Nie o taki internet walczylim.

Zawsze tu będę z komentarzem, ale w osobistych dyskusjach zamierzam zrezygnować z udowodniania za wszelką cenę swojej racji. Bo przemyślałam to sobie, pora zażyć własne lekarstwo i przyjąć do wiadomości starą prawdę o koniu, że możesz go zaprowadzić do studni, ale nie zmusisz, żeby się napił. 
Nawet jeśli w studni dają body positve.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.